• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Wakacyjnie



    Jedną z bardzo niewielu wad fajnej pracy jest to, że kompletnie nie docenia się wakacji.
    Co roku gdzieś wyjeżdżaliśmy, ale bardziej dla dzieci niż dla siebie. Tradycyjne tournée po dziadkach plus dodatkowo jakiś krótki wypad. Najczęściej nad morze. A ja od zawsze wolę góry...

    Niby miejsce jest sprawą drugorzędną, liczy się przede wszystkim towarzystwo. Ale kiedy siedzi się na szczycie i przeżuwając kanapkę z serem patrzy w dół, to czuje się ten rodzaj satysfakcji, którego próżno szukać wśród szumu fal. 

    W tym roku uznaliśmy, że Miśka jest już na tyle duża, że nie będzie trzeba jej nosić. W górach ostatni raz byłam jakieś 12 lat temu, a może i więcej. Kiedy Misiek podrósł na tyle, żebyśmy mogli myśleć o zdobywaniu szczytów, pojawiła się Miśka. Na początek tylko na zdjęciach USG, ale Doktor o górach kazał zapomnieć, więc posłusznie zapomnieliśmy. Aż do tego roku.

    Towarzystwo mieliśmy fantastyczne. W zeszłym roku w ramach eksperymentu pojechaliśmy nad morze ze Szwagrostwem (aka. Zełwą i Zełwinem), których z tego miejsca pozdrawiam, bo wiem, że zaglądają. Jako że po powrocie wciąż się lubiliśmy, a w dodatku nasze dzieci świetnie się razem bawią, postanowiliśmy wyczyn ten powtórzyć, tym razem w innej scenerii. Szwagier mój Karkonosze kocha miłością wielką i odwzajemnioną (wystarczy spojrzeć, jak mu zalotnie do zdjęć pozują, żeby w ową wzajemność nie wątpić), ruszyliśmy więc na Wędrówki Za Szwagrem. Bo on wiedział, dokąd idzie, a myśmy szli za nim.

    "A dzieci dały radę?" pytają nas to tu to tam. Otóż dzieci, wyobraźcie to sobie, bezpośrednio po zejściu z gór potrafiły przez godzinę skakać na trampolinie, bo im najwyraźniej za mało było jeszcze ruchu. My na tym etapie mogliśmy in najwyżej pozazdrościć.

    Miśki w przyszłym roku znów chcą w góry. Moja krew!

    (Zdjęcie autorstwa Szwagra. Więcej zdjęć Szwagra można znaleźć tu).

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz