• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Studium w szkarłacie - recenzja audiobooka



    "Pewien mężczyzna, którego widuję w laboratorium chemicznym w szpitalu, dziś rano uskarżał się, że nie może znaleźć nikogo, kto chciałby wynająć z nim wspólnie pewne ładne mieszkanie, które właśnie znalazł, a które jest zbyt kosztowne na jego kieszeń".

    Pisałam Wam już jakiś czas temu, że jestem wielbicielką Sherlocka serialowego, ale książkowego praktycznie nie czytałam, (jeśli pominąć jakiś drobny epizod kilka dekad temu, z którego niewiele pamiętam). Obiecywałam Wam i sobie, że przy najbliższej okazji wypełnię tę lukę w wykształceniu i zapoznam się z oryginalnym utworem, choćby po to, żeby porównać go z ulubionym serialem.

    Chcąc nie chcąc będę porównywać w niewłaściwą stronę. Już za późno, żeby na to cokolwiek poradzić.

    Przede wszystkim należy zaznaczyć, że serialowy "Sherlock" jest ekranizacją bardzo wierną. Mimo że akcja rozgrywa się ponad 100 lat później, nie ma wątpliwości, że autorzy scenariusza czerpali z oryginału pełnymi garściami, niektóre sceny przenosząc do filmu niemalże dosłownie, inne - puszczając oko do widza (jak interpretacja słów "Rachel" i "Rache" w obu wersjach), a drobne detale pozwalają wyjątkowo uważnemu widzowi i czytelnikowi poczuć prawdziwą satysfakcję, jeśli je wychwyci (w książce Watson wspomina, że spotkał Stamforda w barze "Criterion". Czy zwróciliście uwagę na napis na kubku z kawą?).


    Postać głównego bohatera w serialu jest bardzo bliska oryginalnej (zwłaszcza jeśli ktoś czytając ma przed oczami twarz Benedicta Cumberbatcha - nic nie mogłam na to poradzić...). Autorzy scenariusza trochę go jeszcze podrasowali, ale udało im się uniknąć przesady. 

    Całkiem zapomniałam, że miałam recenzować książkę, a nie film. No wiec do rzeczy.

    Jest to pierwsza z historii o najsłynniejszym powieściowym detektywie. Narratorem jest doktor Watson, który opowiada o tym, w jaki sposób poznał Sherlocka Holmesa i o pierwszym wspólnie prowadzonym śledztwie. O ile w przypadku Sherlocka Holmesa można użyć słowa "wspólnie". Sherlock jak zwykle zauważa szczegóły pomijane przez innych i wyciąga z nich zaskakujące, choć bardzo logiczne wnioski, które, po wyeliminowaniu tego co niemożliwe, prowadzą do nieprawdopodobnego, ale prawdziwego rozwiązania.

    Historia ofiar i sprawcy morderstwa jest przedstawiona czytelnikowi jako oddzielna opowieść wewnątrz opowieści i do tej części serial nie nawiązuje w żaden sposób. Za to rozwiązania nie sposób się nie domyślić, jeśli wcześniej widziało się film (albo odwrotnie: rozwiązanie zagadki w serialu to kolejne puszczane do widza-czytelnika oko).

    Janusz Zadura czyta bardzo dobrze. (Weźcie pod uwagę, że słuchałam go tuż po "Lśnieniu" z moim ulubionym Krzysztofem Gosztyłą, więc poprzeczka zawieszona była wysoko). Jedynie partie inspektorów policji są trochę przeszarżowane, co przeszkadzało mi o tyle, że inspektora Lestrade'a, tego serialowego, bardzo lubię.

    Polecam "Studium w Szkarłacie" tym, którzy chcieliby się zapoznać z klasyką, a w szczególności wielbicielom serialu, którym - tak jak mi - dużo radości sprawi odnajdywanie w książce serialowych odniesień.

    (Tekst powstał w ramach współpracy z serwisem Audioteka.pl)

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz