• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Oxford



    Zagapiłam się, a tymczasem minął już prawie miesiąc odkąd wróciłam z Oxfordu.

    Szczegóły już zaczęły zacierać mi się w pamięci. Pamiętam głównie tyle, że Oxford jest żółty i ładnie pachnie.

    Zwykle nie zastanawiam się nad tym, jak pachnie dane miejsce. W każdym razie nie świadomie. No, chyba że w Marsylii - tam się zapachu nie dało przeoczyć i Marsylia już zawsze będzie mi się kojarzyć pod tym względem paskudnie. W Oxfordzie natomiast co chwila coś mi przyjemnie pachniało - czasem kwitnące krzewy, czasem zioła, a czasem perfumy mijanej na ulicy kobiety.

    Oxfordzkie budynki zbudowane są w różnych stylach architektonicznych, ale całkiem fajnie to ze sobą gra, być może dlatego, że większość budynków jest z żółtego kamienia. Próbkę tego widać na zdjęciu (które jak zwykle nie jest moje, tylko stąd). Są koledże schowane za murami jak zamki i są krzywe domki przy wąskich uliczkach, przywodzące na myśl sceny z Harrego Pottera. Nie bez powodu, bo właśnie w Oxfordzie były kręcone niektóre sceny a podrasowany komputerowo Christ Church College robił za Hogwart. Pamiątek związanych z Harrym Potterem jest zatrzęsienie, panoszą się na sklepowych półkach kompletnie zasłaniając przycupnięte w kącie Alicje i Białe Króliki.

    Gościny udzielił nam (czyli uczestnikom konferencji) Koledż Świętej Anny, dzięki czemu mogłam się przekonać, jak żyją studenci jednego z najsłynniejszych uniwersytetów. Zostałam ulokowana w niewielkim, ale wygodnym pokoiku z łazienką. Od zwykłego pokoju hotelowego różnił się głównie tym, że okno nad biurkiem miał bardzo wąziutkie, żeby mogło się zmieścić więcej półek na książki. Na jednej ze ścian wisiała też spora tablica magnetyczna. Szafa na ubrania była malutka, ale pewnie wystarczająca dla jednej osoby.

    Śniadania jedliśmy w tamtejszej stołówce, noszącej dumne imię "Dining Hall". Nieprawdą jest, jakoby angielskie śniadania były monotonne - w dni parzyste mieliśmy jajecznicę, a w nieparzyste jajka sadzone. Do tego bekon albo inne wędliny i dodatki, ale jedynie bekon był bezglutenowy. Jeśli ktoś nie chciał po angielsku, były też płatki na mleku i owoce.

    Jeśli chodzi o życie na diecie, bardzo przyjemnie zaskoczył mnie pobliski pub. Zapytałam o jedno z dań, czy aby dla mnie odpowiednie, a w odpowiedzi barman wyjął wielką płachtę papieru z rozpiską, gdzie dokładnie zaznaczono, jakich alergenów można się spodziewać w poszczególnych potrawach.

    Z koledżu mieliśmy dosłownie kilka kroków nad niewielką rzeczkę, która gdy dorośnie, będzie w Londynie Tamizą, a na razie wiła się malowniczo, rozdzielała na kilka nurtów i znów łączyła. Wzdłuż brzegów stały zacumowane łódki, kojarzące się z trzema panami i psem. Nad brzegami zaś stały domki, których nie umiem opisać inaczej niż "typowe angielskie", z ogródkami i furtkami prowadzącymi tuż nad rzekę. A czasem nawet bez furtek i płotków. Szczerze mówiąc dreszcz mnie przechodził za każdym razem kiedy w takim ogródku bez płotka widziałam dziecięce zabawki, bo rzeka, mimo że wąska, wyglądała na dość głęboką.  

    Tyle pamiętam. W ogóle to bardzo się cieszę, że miałam okazję zobaczyć kawałek (kawalątek) Anglii i bardzo chętnie wybrałabym się tam znowu. Kto wie?

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz