• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Motyl w kuchni



    - To co ty właściwie jesz?

    Jak pisałam wcześniej, do Hashimoto można podchodzić na (co najmniej) dwa sposoby - "żyję jak wcześniej i tylko łykam hormony", albo "przestawiam wszystko do góry nogami". Zdecydowałam się na ten drugi, bo tak jest ciekawiej. 

    Mimo że hormony tarczycowe mam w normie, Hashimoto dawał mnóstwo objawów, które nie wydawały mi się podejrzane, bo przecież prawie każda kobieta czuje się czasem gruba i zmęczona. Oprócz wagi i zwiększonego zapotrzebowania na sen dokuczały mi spuchnięte kończyny, wieczne zimno niezależnie od pogody i napady złego humoru, choć te ostatnie mogły wynikać z ogólnej jędzowatości. No i z tego, że jak człowiek jest gruby i śpiący, a w dodatku zmarznięty, to raczej nie skacze z radości.

    Do kwestii diety podeszłam sceptycznie zrazu, bo same w niej zakazy. Wszyscy, którzy piszą o wpływie żywienia na Hashimoto, zgadzają się z grubsza, że nie wolno glutenu, nabiału (ze względu na kazeinę, nie laktozę, więc odpadają jogurty, serki itd. Jajka są ok), soi i cukru. A z innymi produktami sprawa jest śliska. 

    Niektórzy uważają, że należy odstawić rośliny psiankowate (pomidor, papryka, ziemniak, bakłażan). Inni, że kapustowate (kapusta, kalafior, brokuł, jarmuż). Ale z kolei jeszcze inni dodają, że kapustowate są niebezpieczne tylko na zimno, na gorąco można jeść. Kontrowersje budzą też rośliny strączkowe.

    Przez jakieś dwa tygodnie od przeczytania mętnych zaleceń dietetycznych niby coś tam odstawiłam i ograniczałam, ale to lipa była. Wreszcie któregoś dnia, jakieś trzy miesiące temu, dojrzałam do decyzji, żeby radykalnie zmienić odżywianie. 

    Produktów zakazanych nie tykam, te z szarej strefy mocno ograniczam. Nie piję herbaty ani kawy, nie mówiąc o alkoholu. Brzmiałoby to strasznie, gdyby nie entuzjastyczna reakcja mojego organizmu - po trzech (dosłownie!) dniach od rozpoczęcia diety ustąpiła senność i wieczna zmarzlina, przez cały sezon nic mi właściwie nie puchło (poza jednym razem, kiedy przez pomyłkę zeżarłam coś z glutenem - następnego dnia miałam powieki jak poduszki) a waga spada slowly but surely. 

    To co ja właściwie jem?

    Różnie. Czasem motylowe wersje normalnych potraw - kotlet bez panierki (na oleju kokosowym), mięso bez sosu, a jak sos to z użyciem mąki bezglutenowej. Na śniadanie bezglutenowe płatki z roślinnym mlekiem. Praktycznie wszystkie owoce i większość warzyw. Jak mnie najdzie ochota na coś niestandardowego (choć po prawdzie dania te stają się coraz bardziej standardowe), robię humus, pesto, albo jakieś danie z prażonych pestek słonecznika. Eksperymentuję, a wyniki spisuję w zeszycie z przepisami. To mój pierwszy zeszyt z przepisami w życiu, nigdy przedtem nie czułam potrzeby, żeby takowy prowadzić. Jak mam ochotę na coś nowego, wchodzę na blogi wegańskie i szukam na nich dań bezglutenowych. 

    Najwięcej kłopotu mam, kiedy muszę zjeść coś na mieście, ale i tego się powoli uczę. 

    No i doczekałam się wreszcie wizyty u endokrynologa. Pani doktor wydawała się być sceptyczna w kwestii leczenia Japończyka dietą, ale ostatecznie orzekła: "Jeżeli pani się lepiej czuje bez glutenu, to proszę go nie jeść"

    I tego się trzymam.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz