• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Yalda T. Uhls, Cyfrowi rodzice - recenzja książki



    W sieci czuję się u siebie. 

    Nie jestem może rdzennym mieszkańcem - jestem na to za stara, polski internet jest młodszy ode mnie. Ale byłam w grupie, która przypłynęła tu na Mayflower i od tamtego czasu kręcę się po okolicy.

    Internet przypomina mi olbrzymie miasto - są tu miejsca, w których lubię bywać i dzielnice, w które się nie zapuszczam. Miejsca, gdzie wypoczywam i ścieżki, którymi wędruję zbierając materiały do pracy. Wiem, gdzie spotkam znajomych, gdzie szukać porad i inspiracji. A najfajniejsze jest to, że we wszystkich tych miejscach mogę być jednocześnie.

    Internet wabi, kusi i nęci. Spędzam w nim dużo czasu. "Dużo" od "za dużo" dzieli cienka granica. Skąd możemy wiedzieć, po której jej stronie jesteśmy?

    Yalda T. Uhls zaczyna od zagadki:
    Pod koniec XIX wieku narodziło się nowe medium. Dzieci natychmiast straciły dla niego głowę, co przeraziło dorosłych. Pochłonięci nim młodzi ludzie na całym świecie zaczęli poświęcać mu bardzo wiele czasu, jednocześnie ignorując dorosłych. Co zrozumiałe, postawieni w stan alarmu rodzice zaczęli się martwić, że to nowe medium i przekazywane przez nie soczyste treści będą zgubne dla młodych umysłów.
    Czy zgadniecie, jakie medium autorka miała na myśli? Mnie się nie udało, ale Tata Miśków zgadł, że chodzi o... powieść. Tak, wiele lat temu o powieści dorośli mieli podobne zdanie, jak teraz o internecie. Nie wiem, jak Was, ale mnie to trochę uspokoiło.

    Autorka "Cyfrowych rodziców" jest psychologiem dziecięcym i matką dwójki nastolatków. W książce wyraża opinie poparte badaniami naukowymi, odnosząc się również do własnych doświadczeń. Opisuje mnóstwo ciekawych eksperymentów przeprowadzonych z udziałem dzieci w różnym wieku, co mnie bardzo cieszy, bo szkiełko i oko zawsze mówi do mnie silniej niż czucie i wiara. Nazwijcie to skrzywieniem zawodowym. Z doświadczeń wyciągane są wnioski, które dają do myślenia, bo nierzadko są całkiem sprzeczne z intuicją.

    Ogólne przesłanie książki jest raczej optymistyczne i uspokajające, choć autorka wskazuje również ciemne strony technologii, jak chociażby fakt, że urządzenia mobilne nie pozwalają skupić się na nauce a łatwy dostęp do informacji sprawia, że nasze mózgi nie kłopoczą się zapamiętywaniem, czy nawet krytyczną interpretacją. Dużo uwagi poświęca również tematowi portali społecznościowych, uczulając rodziców na niepokojące zjawiska z nimi związane.

    Książka ma 225 stron, nie licząc przypisów i bibliografii, które zajmują ponad 30 kolejnych - plus dodatkowe 3 ze spisem literatury w języku polskim. Mimo takiego nagromadzenia informacji książka napisana jest lekko i czyta się ją bardzo przyjemnie.

    Myślę, że tematyka książki bliska jest każdemu rodzicowi. Czy tego chcemy, czy nie, nasze dzieci są tubylcami w cyfrowym świecie, w którym nasze pokolenie ma status imigrantów. Trudno być przewodnikiem w świecie, który znamy gorzej niż ci, którym chcemy pokazywać drogę. Dzięki "Cyfrowym dzieciom" możemy choć trochę ułatwić sobie to zadanie.

    A ja spróbuję podsunąć tę książkę mojej własnej mamie.

    (Dziękuję wydawnictwu IUVI za książkę Yaldy T. Uhls "Cyfrowi Rodzice" i za propozycję współpracy).

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz