• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    60 000 kroków wzdłuż Tamizy



    Mój pierwszy Londyn.

    Wróciłam już tydzień temu, ale tyle się u mnie dzieje, że ciężko mi było znaleźć chwilę, żeby opisać moją wycieczkę. A tymczasem wspomnienia bledną! Ponieważ nie lubię robić zdjęć wszystkie zamieszczone w tym wpisie pochodzą z serwisu Pixabay.com. To moje ulubione źródło bezpłatnych zdjęć, które Wam przy okazji polecam. Ale do rzeczy. Londyn.

    Planowaliśmy wypad z Miśkiem, ale on wybrał wyjazd na ferie do Dziadka, więc pojechaliśmy we dwoje z kolegą małżonkiem. Jeśli dobrze liczę, to pierwszy nasz wspólny wyjazd bez dzieci od ho-ho!

    Nasza gospodyni, Agata, mieszka w Balham, południowej części Londynu, w typowym angielskim domu, jaki znałam z filmów. Stylowy szeregowiec, występujący naprzemiennie w dwóch wersjach - "schody po lewej" i "schody po prawej". Na parterze od frontu salon, z tyłu kuchnia a pod schodami miejsce dla Harrego Pottera. Wszystko całkiem sprytnie zaprojektowane. Na co dzień wynajmują tam pokoje cztery osoby, my zostaliśmy ulokowani w salonie. 

    Z okazji wyjazdu, kilka tygodni wcześniej, małżonek podarował mi londyński bedeker Baedekera. Polecam, bo mnóstwo w nim wiadomości, ciekawostek, praktycznych porad i wskazówek, a całość daje się czytać do poduszki. 

    Dzień pierwszy - 27 000 kroków

    Kiedy jestem w jakimś nieznanym mieście, lubię sobie pochodzić. Tak, żeby liniom na mapie przyporządkować realne obrazy. Lubię wiedzieć, gdzie dojdę, jeśli skręcę w tę ulicę. Lubię się zgubić, a potem znaleźć. 

    Bedeker zaproponował cztery trasy spacerowe po mieście. Wybraliśmy tę, która była najbardziej najeżona turystycznymi hiciorami, od Big Bena do Tower Bridge, ale po drodze wiele razy zbaczaliśmy z kursu, żeby zobaczyć na przykład Bank of England, gdzie można spróbować podnieść złotą sztabkę (a właściwie sztabę, bo pierońsko ciężka), czy muzeum Sherlocka Holmesa (u którego na ścianie wisi mój portret, co pozwala mi domniemywać, że moja fascynacja jest odwzajemniona). 


    Do Tower Bridge dotarliśmy już pod wieczór, ale spacerowania wciąż było nam mało. Poszliśmy jeszcze kawałek dalej, do Doków Św. Katarzyny. 



    Ponieważ nie musieliśmy prowadzić samochodu,  stosunkowo szybko przestaliśmy zwracać uwagę na ruch lewostronny. Dopiero kiedy przyszło nam się zmierzyć z problemem "chcemy jechać tam, więc znajdźmy przystanek po właściwej stronie ulicy" okazało się, że nie wolno ufać intuicji.

    Dzień drugi - 15 000 kroków

    Drugiego dnia pojechaliśmy do Muzeum Historii Naturalnej, w którym pracuje (prowadzi badania) Agata. 


    Kolegę małżonka interesowały oczywiście głównie meteoryty i kamienie szlachetne. Mnie podobała się część poświęcona klęskom żywiołowym, szczególnie symulacja trzęsienia ziemi w japońskim supermarkecie. W muzeum spędziliśmy większą część dnia. Wieczorem wyskoczyliśmy jeszcze na Oxford Street na małe zakupy. 

    Wracaliśmy powłócząc nogami, ten dzień wykończył nas bardziej, niż poprzedni.

    - Co robimy jutro?
    - Może gdzieś posiedzimy? Może pojeździmy metrem i tylko co jakiś czas będziemy wychodzić na powierzchnię?
    - Nie wychodźmy na powierzchnię, po prostu pojeździjmy metrem.
    - O, już wiem! Popłyniemy statkiem po rzece! My będziemy siedzieć, a Londyn niech się przesuwa!

    Dzień trzeci - 18 000 kroków

    Jak postanowiliśmy, tak się stało. Wodnym autobusem popłynęliśmy do Greenwich, żeby przy obserwatorium astronomicznym stanąć jednocześnie na dwóch półkulach. Z tym, że niekoniecznie, bo od ponad 20 lat południk zerowy biegnie sobie po cichutku kawałek dalej. Wraz z rozwojem techniki GPS dokonano korekty pomiarów Ziemi i aktualnie obowiązujący południk przebiega jakieś 100 metrów na wschód od swojego historycznego położenia. 

    Obserwatorium położone jest na wzgórzu, z którego rozciąga się przyjemny widok na park i Muzeum Morskie. 


    Wróciliśmy do Londynu tak samo jak przyjechaliśmy, czyli siedząc wygodnie i patrząc, jak przesuwa się miasto. 

    Niestety przez te kilka dni, kiedy tam byliśmy, nie przewidziano podnoszenia zwodzonego mostu. Terminy można sprawdzić tutaj (KLIK).  


    Zaraz za mostem Tower. 


    Rejs kończy się pod wielkim kołem London Eye. 


    Potem przeszliśmy przez most i dalej, na ostatni spacer przez parki: St. James', Green Park, Hyde Park i Kensington Gardens. Ściemniało się już, kiedy znaleźliśmy stację metra.

     Jeszcze tam wrócę.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz