• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Trochę ryżu w Paryżu



    A dokładniej w podparyskim Châtillon.

    W pierwszym odruchu chciałam się z tej podróży wykręcić. Ale to było ważne spotkanie, sporo sobie po nim obiecywałam, poza tym miałam pewne zobowiązania. Gdyby dało się znaleźć jakiś racjonalny argument, żeby wyjazd odwołać, pewnie bym to zrobiła. Ale pojechałam.

    Wiem, co mi powiecie. Że było już po wszystkim. Po zamachach Paryż był jednym z najbardziej strzeżonych miast w Europie. Że spokojnie. Bezpiecznie. Wszystko to wiem, bo dokładnie to samo powtarzał mi racjonalny głos w mojej głowie. Tyle, że pozostałe głosy solidarnie go ignorowały.

    Znacie te kolejki, które na lotniskach ustawiają się, ledwie na monitorze pojawi się napis "boarding"? Tym razem kolejki nie było. "Pasażerowie lecący do Paryża proszeni są..." Dopiero po kolejnej prośbie pasażerowie niechętnie udali się w stronę bramki. A było ich (policzyłam) dwudziestu trzech. 

    Na lotnisku jak to na lotnisku, nie licząc dodatkowych patroli bacznie przyglądających się podróżnym nic niezwykłego się nie działo. W ogóle w mieście działo się niewiele. 

    Odwrotnie niż w mojej głowie.

    Do hotelu miałam spory kawałek. Jeśli weźmiecie plan Paryża, taki, jaki można dostać na lotnisku, czy w hotelu, to Châtillon leży na południe od jej dolnego brzegu. Większość drogi pokonałam autobusem, potem metro. Na każdej stacji powtarzano w kilku językach wezwanie, żeby zgłaszać służbom bezpieczeństwa wszelkie podejrzanie wyglądające przedmioty, lub osoby. Nic nie wyglądało podejrzanie, ale poczucie bezpieczeństwa zrobiło się - o, takie malutkie.

    Było około południa, gdy dotarłam na miejsce. Słońce świeciło, co chwila mijali mnie biegacze w dresach i ich sąsiedzi spacerujący z psami. Poczułam się znacznie lepiej, bez problemu dotarłam do hotelu, kupiłam coś do jedzenia. Ale na podróż do centrum nie miałam ochoty. Byłam już parę razy w Paryżu, założyłam, że niewiele się zmieniło od ostatniego razu. A ja miałam ze sobą fajny audiobook.

    Kolejne dni miałam zajęte od rana do wieczora. Nie było czasu na rozmyślania, poczucie bezpieczeństwa odrastało. Aż do chwili, kiedy nagle, nagle wśród obiadu padły słowa: "A czy słyszeli państwo, że wczoraj w koszu na śmieci przy naszej stacji metra znaleziono materiały wybuchowe?" "Tak, bo ten terrorysta, co uciekł, to z naszej dzielnicy był". 

    To był ostatni dzień spotkania. Wyruszałam następnego dnia o szóstej. Słońce w Paryżu o tej porze roku wstaje kwadrans po ósmej. Rozpalona wyobraźnia podsuwała mi wizję mojej porannej wędrówki - kompletne ciemności, a w nich tylko ja, księżyc i terroryści.

    W rzeczywistości księżyca też nie było.

    Dawno już nie czułam takiej ulgi jak wtedy, gdy wreszcie wysiadałam z samolotu w Warszawie. Na jakiś czas mam dosyć podróży. Dobrze mi tu...

    A zdjęcie stąd.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz