• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Booked



    Lubię hotele.
    Lubię te minimalistyczne bezosobowe wnętrza. Lubię, jak ktoś za mnie co dzień posprząta łazienkę. Nawet jeśli oddaję za to trochę swojej prywatności, to i tak uważam, że się opłaca.

    Właśnie zarezerwowałam kolejny pokój w kolejnym hotelu, przed kolejną służbową podróżą. To już trzecie "P" tej jesieni - Paryż. 

    Jak zwykle wybrałam hotel i dokonałam rezerwacji za pomocą jednego z serwisów, które gromadzą w jednym miejscu dane o dostępnych pokojach w okolicy. Pokój wybieram zwykle według następującego klucza: Po pierwsze lokalizacja. Po drugie cena. Co prawda nie płacę z własnej kieszeni, rachunek za hotel płaci instytut, albo inna organizacja, ale to nie znaczy, że rozbijam się po tych luksusowych. Dla każdego kraju jest wyznaczony górny limit, uwzględniający miejscowe ceny (i pewnie jeszcze jakieś inne parametry). Wybieranie pokoju o cenie blisko tego limitu uważane jest za rozrzutność, ale zbytnie oddalanie się od niego kosztem komfortu uchodzi za dziwactwo. Wybieram opcję "jednoosobowy pokój z łazienką", często w wersji "jedna osoba w pokoju dwuosobowym", co cenowo wychodzi podobnie, a pozwala pozbyć się klaustrofobicznych myśli. Po trzecie - darmowe wi-fi w pokoju, ale od jakiegoś czasu to już jest standard oferowany przez wszystkie hotele. Więcej nie potrzebuję, bo w pokoju hotelowym spędzam naprawdę niewiele czasu.

    Większość pokoi hotelowych, w których mieszkałam, nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale zdarzały się wyjątki. Co prawda wszystkie do tej pory miały okna (Kuba w Sztokholmie mieszkał w takim, który nie miał), ale gdy ostatnio byłam w Paryżu, trafił mi się pokój tak mały, że łóżko uniemożliwiało otwarcie drzwi od szafy, w związku z czym je wyjęto. W róg owego pokoju wstawiono trójkątną plastikową kabinę, w której mieściła się mikroskopijna łazienka. W dodatku cienkie ściany nie pozwalały sąsiadom zachować w sekrecie faktu, że ich pożycie seksualne należało do wyjątkowo udanych.

    Dla kontrastu: przyjechałam kiedyś do hotelu (w Moguncji) w środku nocy, gdy marzyłam tylko o tym, żeby paść na łóżko. Otworzyłam drzwi do pokoju, a tam żadnego łóżka nie widać, tylko kanapa. Rozejrzałam się nieprzytomnie i zauważyłam kolejne drzwi - te na szczęście prowadziły do sypialni mojego dwupokojowego apartamentu. Rano okazało się, że są w nim jeszcze dwie łazienki i aneks kuchenny. Najwyraźniej z powodu konferencji hotel był tak obłożony, że rozdawał apartamenty w cenie zwykłych jedynek. W praktyce jednak niezbyt mi się te udogodnienia przydały. Za to oferowany przez hotel bilet na wszystkie środki komunikacji miejskiej był bardzo praktyczny.

    Jestem mało wymagającym i niekłopotliwym gościem. Zwykle nie mam zbyt wiele okazji do interakcji z personelem. Ot, zapłacić za pobyt i wziąć fakturę. Zdarzyło mi się kiedyś - o czym już Wam pisałam - że obsługa w hotelu była niewidzialna i nieuchwytna. Z kolei ostatnio w Pavii gospodarze, a właściwie gospodynie, serdecznie się z nami zaprzyjaźniły. No ale to przecież nie był zwykły hotel. 

    Raz w życiu zdarzyło mi się dzwonić w środku nocy po obsługę, było to w prowansalskim Aix. Obudziła mnie cieknąca woda. Na wpół śpiąc powędrowałam do łazienki zakręcić kurki, ale wszystkie były zakręcone, a woda się lała. Z tym, że nie z kranu. Okazało się, że w suficie nad brodzikiem zrobiła się dziura, a woda wartkim strumieniem płynęła właśnie z niej. Wrodzony optymizm podpowiedział mi, że jeśli już dziura musiała się przytrafić, to dobrze, że akurat w tym miejscu.

    Zwykle wybieram hotel jak najbliżej instytutu, czy innego miejsca zbiórki. Głównie dlatego, że rano każda minuta snu się liczy. Po trosze też dlatego, że ceny pokoi zwykle są tam bardziej atrakcyjne, niż w centrum. Hotel w Porto okazał się mieć najbardziej praktyczne położenie, ze wszystkich, jakie kiedykolwiek wybierałam. Mieścił się dokładnie naprzeciw instytutu, pomiędzy nimi była tylko ulica i stacja (a właściwie przystanek) metra. Hotel zaczynał się na drugim pietrze, a na parterze był supermarket i kilka innych sklepów. Jeśli do tego jeszcze dodać fakt, że linia metra biegnąca przy hotelu była jedyną, którą dało się dojechać na Most Luisa bez przesiadek, łatwo można zrozumieć, dlaczego pozostali uczestnicy spotkania bez oporu podchwyciło pomysł, żebyśmy wszyscy zamieszkali w tym samym miejscu. Pierwszego dnia, gdy szliśmy na spotkanie, parę osób nawet pogratulowało mi dobrego wyboru. 

    A potem była kolacja nad rzeką. Przeciągnęła się do drugiej, a jak uwzględnić różnicę czasu, to do trzeciej.

    - Właściwie to kto wymyślił, żebyśmy mieszkali tak daleko od centrum? - zagadnął ktoś ze współbiesiadników.
    - Aha... Gdybyśmy mieszkali w centrum, to za chwilę bylibyśmy już w łóżkach.
    - Taaak... Zdecydowanie powinniśmy byli zamieszkać gdzieś tutaj. Czyj to był pomysł? - kolejne głosy dołączały do chóru, kolejne osoby patrzyły na mnie z rozbawieniem, czekając na moją reakcję.
    Uśmiechnęłam się lekko i odpowiedziałam:
    - Nic nie szkodzi. Rano znów będziecie mnie błogosławić.

    (Zdjęcie stąd).

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz