• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Porto



    Czyli kolejne miasto na "P" tej jesieni. I nie ostatnie.

    Ten wyjazd różnił się od innych służbowych wyjazdów tym, że miałam całkiem sporo czasu, żeby pokręcić się po mieście. 

    W Porto wylądowałam o 12:00 miejscowego czasu. Nawet nie byłam świadoma, że w Portugalii jest inna strefa czasowa, ale kiedy o 12:30 pilot powiedział, że wylądujemy planowo, zaczęłam coś podejrzewać. W rezultacie na czas zimowy przeszłam 4 dni wcześniej, niż Wy.

    Do hotelu, położonego w pobliżu instytutu, musiałam dojechać metrem. Metro w Porto przypomina coś pomiędzy warszawskim tramwajem a SKM-ką, przez większość trasy jeździ nad ziemią, czasem nawet całkiem wysoko, bo przez most widoczny na zdjęciu przejeżdża tą górną kładką. Plan owego metra niewiele różni się od warszawskiego - trasy pięciu linii w dużej części się nakładają, różniąc się tylko w końcówkach, a szósta przecina je w poprzek.  Ma to tę zaletę, że istnieje stacja, na której można wsiąść do dowolnej linii, co bardzo upraszcza problem przesiadek.

    Zostawiłam bagaż w hotelu i ruszyłam na spacer po mieście. Pogoda była przepiękna, lepsza niż we Włoszech miesiąc wcześniej. Krótkie rękawki, sandałki, ciemne okulary. Idąc wciąż na południe dotarłam do rzeki, gdzie liczne ławeczki zapraszały, żeby powygrzewać się na słońcu.

    Nadrzeczna dzielnica Ribeira tętni życiem. Na ulicach tłumy, z okien zwieszają się girlandy prania. Nasze zabytkowe dzielnice zachowują się bardzo statecznie pod czujnym okiem konserwatora zabytków a Ribeira sprawia wrażenie spontanicznej i nieco szalonej.

    Tego pierwszego dnia wcześnie położyłam się do łóżka. Pobudka przed czwartą rano sprawiła, że senność zaczęła mnie ogarniać zanim jeszcze na dobre zaszło słońce.

    Przez dwa kolejne dni byliśmy wszyscy zajęci gdzieś do szóstej, a potem zostawało jeszcze sporo czasu na rozrywki. Był kolejny spacer po mieście, tym razem w większej grupie i kolacja w restauracji Fish Fixe. Możecie spróbować wypatrzeć ją na zdjęciu. W połowie odległości między mostem a brzegiem zdjęcia jest mały kościółek z frontem wyglądającym jak biała litera H. Fish Fixe jest przytulona do jego ściany po lewej stronie, widać tylko jasne markizy nad wejściem, reszta ginie w cieniu. Z ciekawostek - drzwi do toalet są tam w całości zrobione z mlecznego szkła. Nie wiem, kto to wymyślił, ale nie był to jego dobry dzień. Za to jedzenie mają bardzo smaczne. I białe wino pod te wszystkie rybki i inne owoce morza. 

    Kolejnego dnia, który był ostatnim, pojechaliśmy zobaczyć ocean. Dla mnie to był pierwszy raz. Trafiliśmy akurat na zachód słońca. Pomarańczowa kula tuż nad horyzontem, niebo w żółciach, pomarańczach i czerwieniach, tu i ówdzie chmurki. Jednym słowem kicz straszliwy. Wdrapaliśmy się na jakieś mokre i śliskie skałki i staliśmy bez ruchu, patrząc jak urzeczeni. Potem szliśmy brzegiem aż się zrobiło całkiem ciemno. 

    Na kolację pojechaliśmy znów w okolice mostu Ludwika, ale tym razem na drugą stronę, która w zasadzie nie należy już do Porto, tylko miejscowości Vila Nova de Gaia. To właśnie w Vila Nova de Gaia butelkuje się od wieków porto. Nie pamiętam nazwy restauracji, z cech charakterystycznych - obrusy w czerwoną kratę, kelner mówiący "dziękuję" w ponad 50 językach i drugi, znający teksty wszystkich piosenek Pink Floyd. Znaczy, jeśli wierzyć temu pierwszemu. Z menu polecam u nich grillowaną ośmiornicę, poezja na talerzu. Znów wróciliśmy do hotelu mocno po północy.

    Od rana miasto żegnało mnie lekką mżawką. Dzięki temu trochę łatwiej było się z nim rozstać. Mam cichą nadzieję, że jeszcze tam kiedyś wrócę.

    Zdjęcie stąd.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz