• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Co mnie zdziwiło we Włoszech



    Czyli o rzeczach, które stali bywalcy pewnie uważają za oczywiste, a które mnie zaskoczyły jak zima drogowców.

    Już pierwszego wieczora zaskoczyło mnie to, co na zdjęciu. Wyjęłam z walizki mój podróżny czajniczek o pojemności "za dużo na jednego, za mało na dwóch" i bezradnie patrzyłam to na wtyczkę, to na gniazdko. Jak się dowiedziałam później, model, który siostry miały w klasztorze to "gniazdko nowoczesne". Środkowa dziurka to uziemienie, a te dwie śmieszne po bokach to faza i zero. Te wąskie części mają taki rozstaw jak nasze gniazdka, a ich wielkość pozwala na wetknięcie np. ładowarki od telefonu. Czajnika nie, bo ma grubsze bolce, na co jakoś nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi. Bolce czajnika pasowałyby rozmiarem do tej większej części otworu, ale rozstaw nie ten. 

    Mimo wszystko udało mi się tego wieczora napić herbaty, bo siostry miały przejściówkę. Jestem z siebie dumna. Spróbujcie powiedzieć "potrzebuję przejściówkę do kontaktu, bo moja wtyczka nie pasuje do waszych gniazdek" znając tylko słowa "dzień dobry", "dziękuję" i "tiramisu", to będziecie wiedzieć skąd ten samozachwyt.
      
    Druga rzecz, która mnie zaskoczyła, tym razem bardzo pozytywnie, to fakt, że w niedzielę rano nie musiałam szukać stacji benzynowej, żeby kupić coś do jedzenia. Mimo że sklepy były nieczynne, kilka miłych kawiarenek w okolicy zapraszało na śniadanie. 

    Kolejna sprawa to godziny otwarcia restauracji. Niby wiem, że restauracje we Włoszech otwierane są dopiero wieczorem, ale co innego wiedzieć teoretycznie, a co innego uświadomić sobie o czwartej, po zakończonych zajęciach, że od rana nic się nie jadło. Ratunkiem okazał się jeden z barów przy głównym placu. Do tamtej pory omijałyśmy je szerokim łukiem, bo ze swoimi małymi stolikami przykrytymi ceratą i gośćmi spowitymi w kłęby papierosowego dymu mogłyby w słowniku obrazkowym pięknie ilustrować antonim słowa "elegancja". Burczenie w brzuchu spowodowało jednak, że spojrzałyśmy na nie łaskawiej. Okazało się, że karmią tam nie tylko smacznie, ale i niedrogo. W dodatku mojito, które zamówiłam, mogłoby śmiało konkurować z tym, które piłam w Międzylesiu, w meksykańskiej piwnicy. 

    Czekając na rachunek, zastanawiałyśmy się, co dalej robić z tak mile rozpoczętym dniem i przyglądałyśmy się budynkom otaczającym plac. Być może renesansowym, na pewno starym. Co ewidentnie nie robiło wrażenia na lokatorze z drugiego piętra, który powiedział sobie: "zabytek, nie zabytek, a mnie się szafa nie mieści" i zamurował oryginalny otwór okienny a obok machnął białe nowoczesne okno. Na oko - plastikowe.

    Ostatnią rzeczą, która mnie zadziwiła w tej podróży, była restauracja, do której wybrałyśmy się wieczorem. Miałyśmy ochotę na jakiś typowo włoski deser. Zamówiłyśmy kawę i tiramisu, na co kelner powiedział, że musimy najpierw zamówić obiad. Na obiad nie miałyśmy ani ochoty ani miejsca, więc kelner ze smutkiem zakomunikował nam, że w takim razie nas nie obsłuży. Upewnił się jeszcze u kierownika sali, który przecząco pokiwał głową i wyrzucono nas za drzwi. 

    Ot, taka egzotyka.

    Zdjęcie stąd.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz