• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Pomidorkowanie i inne atrakcje na koniec wakacji



    Kiedy miałam mniej więcej tyle lat, co teraz Misiek, a także w latach późniejszych, pod koniec wakacji mama uprzykrzała mi życie piosenką "Żeby już do szkoły po prostu można było iść". 

    Przez wiele lat sądziłam, że powoduje nią czysta złośliwość i chęć naigrywania się z mojego nieszczęścia i dopiero całkiem niedawno zrozumiałam, że rodzice cieszą się, kiedy wreszcie życie wraca na ustabilizowane tory i nawet jeśli ktoś lubi swoje dzieci i ich towarzystwo, to jednak nie sposób nie docenić tych wszystkich ułatwień logistycznych, które pojawiają się 1 września i trwają aż do ferii. Tak, wiem, niektórzy z Was muszą odwozić dzieci do szkoły (a znowu innym nie wolno tego robić), ale to tylko chwila z samego rana, a potem fajrant. Nawet jeśli ta chwila trwa długo, to wszystko wpisane jest w jakiś cykl i nie trzeba co chwila wymyślać nowych procedur. Ani zastanawiać się, co zrobić na obiad, żeby Misiek wreszcie zjadł.

    Krótko mówiąc - ci paskudni dorośli naprawdę potrafią się cieszyć z cudzego nieszczęścia.

    Ostatni dzień wolności obeszliśmy zabierając Miśkę do ZOO. Misiek został z babcią, bo upał był niemożebny a on w Warszawskim ZOO już był i to kilka razy, bo zarówno przedszkole jak i szkoła regularnie zabierają tam dzieciaki. W związku z tym ZOO nie miało najmniejszej szansy wygrać z Minecraftem, gdzie Misiek tworzy aktualnie przeraźliwie trudną mapę pełną spawnerów i wymyślnej architektury.

    Miśka w ZOO zachowywała się bardzo standardowo (w przeciwieństwie do brata w analogicznych okolicznościach), czym mnie trochę rozczarowała, bo liczyłam na ciekawy materiał na notkę. Bez problemu rozpoznawała słonie, zebry, żyrafy i tygrysy, tylko na gołębia powiedziała "wróbel". 

    Rozpisałam się o ZOO a miałam o pomidorkach. Owocują jak szalone, czego na zdjęciu nie widać, bo dzieciaki regularnie je obskubują z czerwonych kuleczek i to w celu konsumpcji, co w wypadku Miśka nie jest takie oczywiste i poczytuję to sobie za duży sukces. Ba, zjada je nawet Kacper, który, jeśli to możliwe, jest jeszcze większym niejadkiem od Miśka. Krzaczki były właśnie świeżo objedzone przez owe szarańczaki, gdy próbowałam zrobić zdjęcie. Musicie mi uwierzyć na słowo, że owocują obficie.

    Prezencję mają za to taką bardziej do radia. Albo do cyrku. Wyglądają trochę jak kobieta-guma, co ją złapał skurcz i tak jej zostało. Pozwoliłam im rosnąć jak chciały, bo się bałam, że się obrażą, gdy spróbuje im coś narzucać. Tymczasem u mojej cioci Wiesi (tej od lemoniady) pomidorki koktajlowe wyglądają jak małe drzewka o grubym pniu i okrąglutkiej koronie. Śmiało mogłyby stać w salonie i tam zakasowałyby niejedno bonsai. W przyszłym roku też takie spróbuje uzyskać i zapewne przesadzę w drugą stronę, więc zamiast pomidorków będę mieć cenne doświadczenie. 

    Którym nie omieszkam się z Wami podzielić.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz