• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Imię róży - recenzja audiobooka



    "Księgi nie po to są, by w nie wierzyć, lecz by poddawać je badaniu. Mając przed sobą księgę, nie powinniśmy zadawać sobie pytania, co ona zawiera, ale co chce powiedzieć." - Wilhelm z Baskerville.

    Internety twierdzą, że statystyczny człowiek zapytany o "Imię róży" Umberto Eco odpowiada: "Podobno fajne, ale nie czytałem". Całkiem do niedawna i ja należałam do tego grona, ale dzięki Audiotece udało mi się załatać kolejną lukę w edukacji.

    Trudno pisze się recenzję książki powszechnie znanej (co najmniej z widzenia) i uważanej za arcydzieło literatury. Podobno powstała w ramach realizacji zamówienia wydawcy, który życzył sobie kryminału. I wątek kryminalny rzeczywiście jest, ale oprócz niego pojawiają się wątki historyczne, obyczajowe, czy filozoficzne. Jest też "Imię róży" książką o dojrzewaniu, bo przecież Adso opuszczający Opactwo nie jest już tym samym młodzieńcem, który przybył tam zaledwie tydzień wcześniej.

    Akcja rozgrywa się w kilku płaszczyznach czasowych. We wstępie autor, czy raczej jego alter ego opisuje w jaki sposób do jego rąk trafił, a następnie przepadł, intrygujący manuskrypt będący tłumaczeniem znacznie starszego tekstu pochodzącego z końca XIV wieku. Tenże tekst, to wspomnienia Adsona z Melku, sędziwego benedyktyna, który w czasie nowicjatu podróżował z franciszkańskim mnichem, Wilhelmem z Baskerville, jako jego sekretarz i w tej podroży dotarł do Opactwa sławnego ze swej olbrzymiej biblioteki. Wspomnienia Adsona dotyczą spędzonego tam tygodnia.

    Nazwisko Wilhelma nieprzypadkowo nawiązuje do przygód najsłynniejszego (a w każdym razie jednego z najsłynniejszych) powieściowego detektywa. Podobnie jak Sherlock Holmes, Wilhelm jest niezwykle biegły w sztuce dedukcji i, podobnie jak on, lubi się tym popisywać, jak wtedy, gdy pomaga mnichom odnaleźć zbiegłego konia, a potem umyślnie zwalnia pozwalając by wieść o tym dokonaniu wyprzedziła go w drodze do Opactwa. Mimo tej niegroźnej słabości jest Wilhelm osobą o wielkiej mądrości płynącej z życiowego doświadczenia. Choć bywa impulsywny i często ruga swego podopiecznego nie przebierając w słowach, to na ludzkie ułomności i błędy patrzy z dobrotliwą wyrozumiałością o ile nie wynikają one ze złej woli. Chociaż autor jego wygląd opisuje całkiem inaczej, czytając przed oczami miałam twarz Seana Connery, który w Wilhelma wcielił się w ekranizacji.

    Podobnie młodego Adsona wyobrażałam sobie z twarzą Christiana Slatera. Młody mnich na swojego mistrza patrzy z podziwem i ufnością. Miał doprawdy sporo szczęścia, że trafił pod opiekę człowieka od którego tak wiele mógł się nauczyć, w sensie wiedzy książkowej, jak i życiowej postawy. Uczy się więc, chłonąc wszelkie doznania i nie poprzestając na tych, które przystoją mnichowi.

    Celem wizyty Wilhelma w Opactwie jest wzięcie udziału w dyspucie na temat ubóstwa Jezusa. Od wyniku rozmowy wiele może zależeć, gdyż przeciwnicy tej tezy mają też na uwadze utrzymanie swoich majątków, zaś jej obrońcy obawiają się, by nie zaliczono ich w poczet heretyków, jak zwolenników brata Dulcyna, który dwie dekady wcześniej został spalony na stosie, bo głosząc o ubóstwie Jezusa stanął na czele powstania biedoty przeciwko możnym.

    Tuż przed przybyciem Wilhelma i Adsona w Opactwie rozpoczyna się seria niewyjaśnionych śmierci. Opat, chcący uniknąć skandalu, prosi Wilhelma o znalezienie winowajcy jeszcze przed przybyciem delegacji papieskiej. Sprawa okazuje się bardziej skomplikowana, niż się wydawało, a mylne tropy nie raz sprowadzają Wilhelma na błędne ścieżki. Mnie nie, bo jak wspomniałam, oglądałam film i wiedziałam, kto i dlaczego.

    Opowieść snuje się wolno. Wielokrotnie Adso przerywa wspomnienia, by spojrzeć na nie z perspektywy czasu. Czasem pojawiają się dokładne i drobiazgowe opisy jakiegoś obrazu, czy innego dzieła sztuki. Prawdę mówiąc dwa razy zdarzyło mi się, że osunęłam się w ramiona Morfeusza, dlatego nie polecam słuchania w zbyt wygodnej pozycji.

    Zanim sięgnęłam po ten audiobook, wiele słyszałam na temat sposobu, w jaki czyta Krzysztof Gosztyła. Muszę powiedzieć, że wszystkie pochwały były w pełni zasłużone, zwłaszcza jeśli chodzi o dialogi. Bez trudu poznawałam po głosie (który bardzo mi pasował do twarzy Seana Connery) Wilhelma, Adsona w wersji starej i młodej oraz kilka innych głównych postaci. Nastroju dodają też dźwięki: pomiędzy poszczególnymi rozdziałami słychać w tle bicie dzwonów, lub gregoriańskie śpiewy.

    Polecam książkę wszystkim, którzy szukają długiej i smakowitej lektury. Uwierzcie, film pokazał tylko niewielką część, a wiedza kto zabił nie umniejsza przyjemności słuchania.

    (Tekst powstał w ramach współpracy z serwisem Audioteka.pl.)

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz