• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    3 dni w Wiedniu z dzieckiem - co warto zobaczyć



    Testowane na Miśku (lat 9).

    Wiedeń jest miastem bardzo przyjaznym turystom. Informacje o rozmaitych atrakcjach można spotkać na każdym kroku - w hotelach, w punktach informacyjnych, w muzeach i w innych miejscach odwiedzanych przez przyjezdnych, a także w internecie, na stronie www.wien.info która ma również polską wersję językową. 

    Spośród wielu interesujących propozycji wybrałam takie, które mogłyby przypaść do gustu Miśkowi i - z jednym wyjątkiem - udało mi się to bardzo dobrze. 

    Vienna Card

    Bardzo przydatna karta, którą można kupić w bardzo wielu miejscach. Na przykład w hotelowej recepcji. Za cenę odpowiednio 18.90 lub 21.90 euro można kupić Kartę Wiedeńską na 2 lub 3 doby. Okazując ją w kasach można dostać zniżkę na praktycznie wszystkie atrakcje, a przy okazji służy jako bilet komunikacji miejskiej dla osoby dorosłej i towarzyszącego jej dziecka (trzeba skasować przy pierwszym przejeździe). Wziąwszy pod uwagę, że trzydniowy bilet komunikacji miejskiej dla osoby dorosłej kosztuje 16.50, zakup karty bardzo się opłaca (dzieci do lat 6, a w weekendy i ferie również dzieci do lat 15, podróżują bezpłatnie). 

    Razem z kartą dostaje się książeczkę, która podaje zestawienie i krótki opis wszystkich turystycznych atrakcji, gdzie karta jest honorowana (nie mam pojęcia, czy istnieją inne) i kilka innych przydatnych rzeczy, np. plan metra.

    Dzień pierwszy

    Pierwszego dnia wybraliśmy się do Schönbrunn, dawnej letniej rezydencji rodziny cesarskiej. Tam skierowaliśmy się od razu do prawego skrzydła pałacu, gdzie znajduje się Kindermuseum poświęcone cesarskim dzieciom. Można dowiedzieć się, jak spędzały one czas, czym się bawiły, w co się ubierały. Oprócz oryginalnych eksponatów umieszczonych w gablotach, czy oddzielonych sznurową barierką, mnóstwo jest takich, których można dotknąć, pobawić się, czy przymierzyć (cała kolekcja strojów!). Na spokojne zwiedzanie muzeum dobrze zarezerwować sobie około 2 godzin. 

    Po wyjściu z muzeum udaliśmy się wgłąb parku, do Labiryntu. Atrakcja ta składa się z 4 części. Pierwsza to labirynt z wysokiego żywopłotu z kilkoma wejściami i wyjściami, ślepymi uliczkami i mylącymi zakrętami. Nad nim wznosi się taras widokowy, z którego można obserwować błądzących i  udzielać im rad i wskazówek. Druga i trzecia to labirynty innego typu, gdzie droga bez żadnych odnóg wije się i zakręca, ale prowadzi pewnie od wejścia do wyjścia bez możliwości zabłądzenia. W zamian za to w każdej z nich znajdowały się atrakcje między innymi w postaci grających płytek naciskowych, czy słupów do wspinania. Czwarta część to plac zabaw. Miśkowi najbardziej podobała się pierwsza część, w której nawet urządziliśmy sobie wyścigi z różnych wejść do umówionego wyjścia. Prawie wygrałam. Na labirynty trzeba zarezerwować sobie około godziny, lub więcej, jeśli dziecko zechce zostać dłużej na placu zabaw.

    Tuż obok Labiryntu znajduje się jedno z wejść do Ogrodu Zoologicznego. Jest to najstarsze ZOO na świecie, kilkukrotnie uhonorowane tytułem najlepszego ZOO w Europie. ZOO szczyci się również tym, że przychodzą tu na świat zwierzęta, które niechętnie rozmnażają się w niewoli. Zwiedzając ZOO miałam wrażenie, że zwierzęta na dużych wybiegach pełnych roślin mają całkiem sporo prywatności. Jednocześnie próba wypatrzenia zwierzaka w zaroślach była całkiem atrakcyjną zabawą, zwłaszcza, gdy kończyła się sukcesem. Na ZOO warto zarezerwować sobie co najmniej 4 godziny.

    Dzień drugi

    Rozpoczęliśmy go od spaceru po centrum miasta, błądząc ulicami bez specjalnego celu. Kiedy nam się znudziło, udaliśmy się do Motylarni w Burggarten, gdzie kilka setek kolorowych motyli fruwa swobodnie w olbrzymiej szklarni. Spędziliśmy tam mniej niż godzinę.

    Kolejną atrakcją na naszej liście był Dom Muzyki. Mieści się on na kilku piętrach pałacu, w którym wychował się Otto Nicolai, twórca i pierwszy dyrygent Filharmoników Wiedeńskich. Pierwsze piętro poświęcone jest jemu i jego dziełu. Można obejrzeć pamiątki, woskową figurę Ottona, a w malej salce kinowej pokazywany jest Koncert Noworoczny. Na to piętro wiodą schody z grającymi fortepianowymi klawiszami, które zachwyciły Miśka. Drugie piętro poświęcone jest różnym dźwiękom otaczającego nas świata. W pierwszej sali słyszymy dźwięki w taki sposób, jak dziecko w łonie matki, w kolejnych można przyłożyć do ucha jedna z wielu słuchawek, by usłyszeć na przykład hałas dworca, albo deszczu meteorytów. Interaktywne prezentacje (w języku niemieckim i angielskim) pozwolą na wyznaczenie progu słyszalności dźwięku i zapoznają z wieloma ciekawymi zjawiskami dotyczącymi słuchu. Kolejne piętro poświęcone jest kompozytorom związanym z Wiedniem. Po jego przejściu nie byli już dla Miśka anonimowi. "Beethoven, wiesz, ten co stracił słuch", albo "Mozart, ten, który wymyślił tę grę z literami i nutami" - i wszystko jasne. (Przy okazji rozmów o niezwykłej płodności twórczej Mozarta Misiek wysnuł teorię rodem z science-fiction). Na tym pietrze znajduje się też miejsce, z którego można za pomocą specjalnej batuty dyrygować wirtualną wersją Filharmoników Wiedeńskich. Jeśli dyrygentowi nie udaje się trzymać rytmu, orkiestra się buntuje i przerywa występ! Na ostatnim piętrze znajdują się dwie sale, gdzie za pomocą ruchów ciała kieruje się multimedialnymi prezentacjami. Na samym końcu trasy jest sklepik, gdzie można kupić muzyczne pamiątki różnego rodzaju. Muzeum jest czynne do dziesiątej wieczorem, a od ósmej bilety sprzedawane są z dużą zniżką, trzeba mieć jednak na uwadze, że 2 godziny ledwie wystarczą na obejrzenie całej ekspozycji.

    Ostatnią pozycją w harmonogramie na ten dzień była wizyta w Zoom Kindermuseum w Dzielnicy Muzeów. W zależności od wieku dziecka, dnia tygodnia i godziny można uczestniczyć w różnych zajęciach. Dobrze przedtem sprawdzić program! My tego nie zrobiliśmy i tylko łutowi szczęścia zawdzięczamy, że przyszliśmy 15 minut przed rozpoczęciem zajęć o różnych rodzajach druku. Chwilę później nie mielibyśmy tam czego szukać, bo kolejna grupa wchodziła dopiero po 90 minutach. Zajęcia były bardzo interaktywne, dzieci miały między innymi okazję osobiście sprawdzić na czym polega sitodruk, dlaczego do układania czcionek przydaje się lusterko i napisać coś za pomocą prehistorycznego urządzenia, jakim w ich oczach była maszyna do pisania.

    Dzień trzeci

    Ostatni dzień zwiedzania rozpoczął się od kompletnej klapy w postaci wycieczki na Prater. Po wielu trudach i namowach Misiek dał się przekonać do wypróbowania jednej z atrakcji - zjazdu z wodnej zjeżdżalni na okrągłej łódeczce, po czym zapytał, czy możemy już stamtąd iść. Słyszałam jednak, że są dzieci, którym się tam podoba, więc zostawiam Prater na liście polecanych atrakcji.

    Kolejną, ostatnią już pozycją na naszej wiedeńskiej liście był Dom Morza -  na 10 piętrach budynku, który dawniej służył jako wieża przeciwlotnicza, znajdują się akwaria, z których największe ciągnie się przez dwa piętra. Można tam obejrzeć wiele gatunków ryb i innych morskich stworzeń. Oprócz nich można obejrzeć mrówki grzybiarki transportujące liście długim przezroczystym tunelem, który zwiedzającym służy za poręcz. W znajdującym się z boku wieży ogrodzie zimowym hasają małe małpki, swobodnie biegające po drzewach i pomostach, nad głowami, a czasem tuż przed nosem zwiedzających. Przy samym wyjściu jest otwarte akwarium z przyjacielskimi rybkami koi, które lubią być głaskane, o czym zapewnia napis na ścianie. Rybki faktycznie podpływają i wystawiają grzbiety do pieszczot. Na zwiedzanie Domu Morza trzeba przeznaczyć co najmniej 2 godziny.

    Z wymienionych atrakcji Misiek poleca szczególnie Labirynt, ZOO i Dom Muzyki, który zwiedziliśmy dwukrotnie, bo Misiek bardzo chciał pokazać go Tacie.

    A Wy macie swoje ulubione miejsca w Wiedniu? Co przegapiliśmy?

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz