• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Z radością i świdrem



    czyli lecimy do Wiednia.

    Jak pisałam ostatnio, wyprawa do ostatniej chwili stała pod znakiem zapytania, ale ostatecznie Miśki wyzdrowiały na tyle, że jednego można było ze sobą zabrać, a drugą bez wyrzutów sumienia zostawić z babcią. 

    Na lotnisku przyszło nam się rozdzielić, bo tata z kolegami z pracy leciał bezpośrednio, a my z Miśkiem z przesiadką we Frankfurcie, czyli trzy razy dłużej, ale za to dwa razy taniej. Tata w Warszawie wsadził nas do samolotu a w Wiedniu już na nas czekał. Całkiem to było wygodne. Lot minął nam bez żadnych przygód, bez problemu dotarliśmy do hotelu i dopiero tam się zaczęło.

    Okazało się, że ktoś coś źle przeczytał i zamiast pokoju trzyosobowego czeka na nas dwójka. I wszystkie pokoje są zajęte, bo konferencja. To nas akurat nie zdziwiło, bo my też przy okazji tej konferencji przylecieliśmy. Po dłuższej chwili nerwowych narad personelu okazało się, że znajdzie się trójka, ale będzie gotowa dopiero za godzinę. Prawdopodobnie musieli ją wyciągnąć z magazynu, złożyć i uprasować. Nie było to dla nas problemem, poszliśmy przez ten czas coś zjeść, ale hotel w ramach rekompensaty za straty moralne dał nam ekstra zniżkę i darmowe śniadania, w wyniku czego za trójkę policzyli nam taniej niż wcześniej za dwójkę.

    Tata niestety konferował przez większość czasu i włóczyliśmy się sami z Miśkiem (co konkretnie robiliśmy, opowiem Wam za tydzień). Kiedy kończyła się sesja, dzwonił do nas i umawialiśmy się w jakimś dogodnym miejscu. Ci z Was, którzy próbowali się do mnie kiedykolwiek dodzwonić, wiedzą, że z telefonem żyję w luźnym związku, potrafię odkryć po kilku dniach, że ktoś napisał do mnie sms-a. W Wiedniu, właśnie ze względu na konieczność spontanicznego umawiania się to tu to tam, było całkiem inaczej i kiedy wyłączyli mi roaming, zauważyłam od razu. W hotelu sprawdziłam pocztę i okazało się, że z powodu niezapłaconej faktury wyłączyli mi rozmowy wychodzące, ale że byłam za granicą, to w praktyce wyłączyli mi wszystko. Nie byłam w stanie zadzwonić do nich żeby wyjaśnić sprawę, ale na szczęście miałam kogoś, kto akurat był online i załatwił to za mnie (dzięki Ewa!). Okazało się, że jedną fakturę po drodze przegapiłam i z miesiąca na miesiąc zamiast aktualnej płaciłam zaległą. Mimo, że moje opóźnienie wynosiło tyle samo, co zwykle, postanowili przykładnie mnie ukarać, o czym zresztą poinformowali mnie w mailu, który przeczytałam po fakcie.

    Dalszy pobyt przebiegał właściwie bezproblemowo aż do dnia wyjazdu. Ponieważ tata leciał bezpośrednio a my z przesiadką, do jego walizki zapakowaliśmy wszystkie ważne rzeczy, bo przy bezpośrednim locie mniejsze ryzyko zagubienia. W jego walizce wylądowały więc podręczniki Miśka (razem z chorobą opuścił 8 szkolnych dni i trzeba było nadrobić ćwiczenia), dwa opakowania jogurtu, które Misiek kupił i jeszcze nie zjadł, ale w ogóle planował, mozartowe kulki i inne suveniry itp.

    Na lotnisku okazało się, że na samolot taty sprzedano więcej biletów niż było miejsc i jednym ze szczęśliwców, dla których nie starczyło był właśnie tata. Początkowo bardzo nas to zbulwersowało, ale kiedy okazało się, że możemy lecieć wszyscy jednym samolotem i jeszcze nam za to zapłacą (sporo więcej niż różnica w cenie biletów), tośmy się nawet ucieszyli. ("Niezła z ciebie jędza, że twojemu własnemu mężowi linie lotnicze dopłacają, żeby z tobą leciał" - skomentował Kuba).

    Kiedy wylądowaliśmy w Warszawie, okazało się, że bagaż taty zdecydował się spędzić weekend we Frankfurcie. Razem z suvenirami, czekoladkami i jogurtami. A przede wszystkim razem z podręcznikami Miśka.

    - Jaka szkoda - westchnął tenże. - Taką miałem ochotę poodrabiać sobie dzisiaj lekcje...

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz