• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    O co chodzi z tym słoniem?



    Przychodzi nam do głowy ostatnio, żeby Miśkę do ZOO zabrać.

    Misiek podczas analogicznej wycieczki był nawet młodszy, bośmy się do ZOO wybrali, kiedy jeszcze nawet trzech lat nie miał. Miśka mnóstwo rozrywek ma w przedszkolu, co nas trochę rozleniwia. W analogicznym okresie dziecka poprzedniego musieliśmy o rozrywki zatroszczyć się sami. Pewnego dnia uznaliśmy, że facet, który wie jak robią małpka, słoń i tygrys jest już gotowy na takie wydarzenie. Uszami wyobraźni słyszeliśmy już zachwycone "oooo!" na widok egzotycznych zwierzaków. Rzeczywistość, jak to ona, zweryfikowała nasze wyobrażenia.

    Pamiętam, że na początku wyjęliśmy Miśka z wózka i pozwoliliśmy mu chodzić swobodnie. Samo to już było powodem do zachwytu - w mieście zwykle podróżował wówczas w wózku lub w najlepszym razie miał przyczepione szelki. Przy Miśce nie używaliśmy szelek, chodzenie za rękę sprawia jej, nie wiedzieć czemu, frajdę. Misiek odwrotnie - buntował się i wyrywał, a szelki pozwalały mu na udawanie przed samym sobą, że jest wolny i niezależny. Co innego jednak udawanie, a co innego prawdziwa swoboda.

    Sprawdziliśmy na planie którędy do słonia i spróbowaliśmy skierować się w odpowiednią stronę. Misiek miał jednak inne plany. Zdusiliśmy w sobie rozczarowanie mówiąc, że przecież jesteśmy tu dla niego i jeżeli chce chodzić cały czas wokół jednego wybiegu, bo najciekawszym stworzeniem w ZOO wydaje mu się pan z kosiarką, to niech i tak będzie.

    Po jakimś czasie jednak udało się tak sprytnie pokierować Miśkiem, że wylądowaliśmy przy słoniarni. "Oooo!" zawołał z zachwytem na widok słonia narysowanego na tablicy informującej, kto jest sponsorem zwierzaka. "Tak, na obrazku jest słoń" - potwierdziłam - "A gdzie jest prawdziwy, duży słoń?" Misiek z obojętnością pokazał słonia przechadzającego się po wybiegu, rozejrzał się dookoła i... "Tanień!" - wykrzyknął gromko nasz syn, któremu w owym czasie wróżyliśmy karierę w dziedzinie mineralogii. Uwielbiał kamienie, mógł przyglądać im się godzinami, bez cienia znudzenia podziwiając rozmaitość kolorów i kształtów. Przy słoniach jest tarasik widokowy, a pod nim kamyczki, które z łatwością przebiły pana z kosiarką w rankingu atrakcji. Ponieważ mieliśmy uzasadnione wątpliwości co do czystości kamyków, odciągnęliśmy stamtąd wierzgające i wrzeszczące stworzenie, odprowadzani cichymi głosami rodziców, tłumaczących swoim pociechom dlaczego ten chłopczyk tak krzyczy.

    Potem był jaguar. Jak na zamówienie przechadzał się w tę i z powrotem po drugiej stronie pancernej szyby, zaledwie kilka centymetrów od nas. Dzięki jaguarowi Misiek zapomniał o kamykach, pojawił się natomiast problem co zrobić, żeby w następnym etapie zapomniał o jaguarze. Okazało się to prostsze, niż się spodziewaliśmy, bo całkiem niedaleko jaguara był plac zabaw z huśtawkami i zjeżdżalniami, gdzie spędziliśmy kolejną godzinę, albo i więcej. Po tym czasie zdumiewająco łatwo zdołaliśmy zapakować dziecko do wózka i ruszyliśmy w stronę wybiegu dla lwów i tygrysów, bo Misiek uwielbia wszystko, co robi "miau". Albo "mrrrau!" (ten ostatni okrzyk, jak powszechnie wiadomo, wydają właśnie lwy i tygrysy). Niestety, ani lwów, ani tygrysów nie zastaliśmy w domu, a przynajmniej nie było ich nigdzie widać. Zajrzeliśmy do wózka, żeby zobaczyć, czy Misiek jest bardzo rozczarowany i okazało się, że nie jest. Bo śpi.

    Wspominamy sobie tę historię i zastanawiamy się, jak będzie wyglądać wycieczka z Miśką. Na pewno inaczej. Nasze dzieci wszystko robią zupełnie inaczej.

    (Tekst bierze udział w konkursie organizowanym przez Mamadu.pl. Wygrywa ten, który będzie najczęściej udostępniany ze strony konkursu, więc jeśli Ci się podoba, albo mnie lubisz, kliknij w banner i udostępnij egzemplarz konkursowy).



    0 komentarze:

    Prześlij komentarz