• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Baranek



    Jako dziecko byłam strasznym łasuchem. Zostało mi to do dziś, ale wtedy, w epoce wyrobów czekoladopodobnych i kartek na cukier, było szczególnie frustrujące.

    Cukrowy baranek z wielkanocnego koszyczka wydawał mi się kuszący i apetyczny niczym nektar i ambrozja w jednym. Ale cóż z tego, skoro w mojej rodzinie od wielu lat do koszyczka wkładano baranka drewnianego, rodzinną pamiątkę? Na nic się zdały moje nieśmiałe próby, by namówić mamę na ten zakup. "No przecież mamy baranka, dużo ładniejszego niż te". Nie śmiałam powiedzieć, czemu ten drewniany mnie nie satysfakcjonuje...

    Kilka dni przed Wielkanocą pokusa okazała się zbyt silna. Wyciągnęłam drobniaki ze skarbonki i udałam się na pobliski bazar, gdzie oferowano baranki w wielu wzorach i kolorach. Miałam poczucie, że dokonuję aktu straszliwej profanacji, kiedy wybierałam największego z nich. Zaniosłam go do domu i razem z nim schowałam się w najciemniejszym kącie. Drżącymi rękami wyciągnęłam go z celofanu i odgryzłam głowę.

    W moich ustach mdły smak parafiny mieszał się z gorzkim smakiem rozczarowania...

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz