• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Czy potrzebuję newslettera?



    No więc ja też myślałam, że nie.

    Mniej więcej do zeszłego czwartku, kiedy to wybrałam się na webinar Ariadny Wiczling na temat listy mailingowej i newsletterów.

    Myślałam sobie: po co mi newsletter, skoro wszystko, co chcę napisać, mogę napisać na blogu? Niby racja, ale...

    Wpisy blogowe czytają różni ludzie. 

    Kilku wiernych czytelników, którzy czytają każdą notkę, komentują, dają się poznać. Wiem, że tam są (to znaczy - jesteście). 

    Kilku czytelników od przypadku do przypadku. Wpadają od czasu do czasu, czytają ostatni wpis, czasem kilka ostatnich. 

    Kilku przypadkowych gości zajrzy raz i więcej się nie pojawi.

    Newsletter to całkiem insza inszość. Nikt nie trafia na listę mailingową przez przypadek, są tam tylko ci, którzy chcą tam być. Dzięki temu można sobie pozwolić na nieco bardziej osobiste treści, czemu sprzyja również to, że newsletter jest w formie listu. 

    Planuję pisać do Was raz w tygodniu, miedzy innymi po to, by podsyłać Wam linki do wpisów opublikowanych od ostatniego razu. Zastanawiacie się, po co, skoro i tak obserwujecie mnie na Bloglovin, Facebooku, Google, a nawet na Twitterze? Szczerze mówiąc, też się zastanawiałam, ale Ariadna Wiczling na webinarze tak przekonująco mówiła, że różnica będzie ogromna, że postanowiłam to sprawdzić. Jak wiecie jestem fizykiem doświadczalnym, teoretykowi pewnie wystarczyłoby przeprowadzić trochę obliczeń z dziedziny rachunku prawdopodobieństwa, ja postanowiłam rzecz przetestować na własnej skórze. I Waszych też.

    Obiecuję solennie, że nie będę zasypywać Was spamem, nigdy nikomu nie oddam Waszych adresów i postaram się, żeby newsletterowe informacje były dla Was ciekawe albo zabawne. 

    To co? Weźmiecie udział w eksperymencie?

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz