• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    And the Oscar goes to...



    Obejrzałam "Idę".
    Tyle wokoło szumu wokół tego filmu - nie bez powodu, w końcu dostał Oscara. Przy okazji pojawia się sporo kontrowersji i sprzecznych opinii. 

    Nie mam zwyczaju ufać autorytetom, może to skrzywienie zawodowe, może cecha osobnicza. Postanowiłam obejrzeć i wyrobić sobie własne zdanie.   

    Zarzut pierwszy - fatalny dźwięk. 
    Zarzut jak najbardziej zasadny, dużej części dialogów po prostu nie słychać, choć pierwszy chyba raz w życiu podkręciłam głośniki na maksa. W akcie desperacji włączyłam angielskie napisy. 

    Zarzut drugi - nuuuuda.
    Co kto lubi. Pokolenie wychowane na teledyskach, filmach akcji i 256 jednocześnie otwartych zakładkach przeglądarki faktycznie może odczuwać pewien dyskomfort. W filmie opowieść snuje się powoli zostawiając widzowi sporo czasu na refleksję. Równolegle z filmową opowieścią snułam sobie w głowie własną, opartą na mojej interpretacji i nadinterpretacji, tworząc sobie równoległą "Idę" na swój obraz i podobieństwo. 

    Myślę, że nie ja jedna to robiłam, bo oto: 

    Zarzut trzeci - film antypolski. Cały świat się dowie, że Polacy mordowali Żydów.
    Staram się bardzo wyobrazić sobie profil psychologiczny takiego widza - nie wie nic o Drugiej Wojnie, a w szczególności - kto był  odpowiedzialny za Holocaust. Lubi oglądać zagraniczne biało czarne filmy z napisami i z nich czerpie wiedzę o świecie. Nie mówię, że takich nie ma, różni są pośród nas dziwacy, ale nazywać ich "całym światem" to chyba jednak przesada.

    Czy film jest antypolski? Moim zdaniem film nie opisuje całego narodu, a jedynie bardzo nieliczne jednostki. Nie widzę tu ambicji, żeby kogokolwiek uczyć historii, czy to prawdziwej, czy przekłamanej. Widzę tylko historię bardzo nieszczęśliwej kobiety.

    Zarzut czwarty - film antysemicki. Pełen stereotypów, bo jak Żydówka, to od razu kurwa i alkoholiczka.
    Postać Wandy jest bardzo niejednoznaczna. Już na początku wydała mi się całkiem pusta w środku, bez uczuć. Z biegiem czasu poznajemy powód takiej postawy. Najmocniejsza dla mnie scena w filmie to ta, kiedy Wanda pyta, czy jej syn bardzo się bał. Bo przecież strach przed śmiercią gorszy jest jeszcze od samej śmierci. Minęło od tamtej pory wiele lat, a Wanda wciąż nie może przestać myśleć o swoim synu, o jego strachu, wciąż ma wyrzuty sumienia, że jej przy nim nie było. Próbuje je zagłuszać alkoholem i przypadkowym seksem, wydaje się, że pozbyła się całkiem uczuć, zastępując je ślepym posłuszeństwem literze prawa (a prawo było wówczas bardzo bezduszne). Jest cyniczna. A jednak po tylu latach wciąż jest w niej ból, tęsknota, poczucie bezsilności. 

    Ida pojawia się nagle i zmusza ją do tego, by znów coś poczuć. Gdy odchodzi, nie sposób znów się ukryć w popękanej skorupie. Zamiast tego łatwiej wyskoczyć przez okno.

    Ida-Anna sprawia wrażenie osoby bardzo stabilnej wewnętrznie. Jest to pewność kogoś, kto nie waha się, którą ma pójść drogą, bo zna tylko jedną. Słusznie przełożona każe jej wyjść na chwilę na świat, bo żeby wybrać, trzeba mieć z czego wybierać. Podobnie myśli ciotka, pytając "Co to za poświecenie, kiedy nie wiesz z czego rezygnujesz?" 

    Sceny, kiedy Ida po raz drugi wychodzi z klasztoru to według mnie najsłabsza cześć filmu. Możliwe, że zwyczajnie jej nie zrozumiałam. Dziewczyna "poznaje życie" w formie skondensowanej pigułki, nadrabiając zaległości we wszelkich aktywnościach na literę "p". Jedynym wzorcem świeckiego życia była dla niej ciotka, a to zdecydowanie nie był najlepszy wzorzec. Życie poznawane w taki sposób nie miało prawa wytrzymać konkurencji z klasztorem, który był jej światem, jej naturalnym środowiskiem. "Byłaś nad morzem?" "Ja nigdzie nie byłam". Ale ma już dosyć poznawania świata. Wraca do siebie.

    Czy "Ida" słusznie dostała Oscara? Nie wiem. Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że oglądając "Idę" każdy z nas ogląda trochę inny film. 

    Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC BY 3.0

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz