• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Pikantne cięte listki


    Z własnej doniczki.

    Jak pisałam wcześniej, mania ogrodnicza dopadła mnie niespodziewanie i w dość niesprzyjającej porze roku, bo na początku jesieni, w dodatku w czasie, kiedy większość zachodnich okien (poza jednym, malutkim) jest w fazie remontu a jedyne południowe okno w całym domu jest w piwnicy i już za chwilę będzie zbyt zimno, żeby trzymać na nim rośliny. Ale wrócę tam na pewno na wiosnę, bo metr południowego parapetu to świetna sprawa. 

    Tymczasem w doniczkach i doniczuszkach posiałam różne zioła, żeby móc ich używać do kanapek, sałatek i innych kulinarnych przedsięwzięć. Rośliny wzrastają lepiej lub gorzej, bo jako początkujący ogrodnik z dużym zdziwieniem przekonałam się, jak wiele błędów można zrobić przy takim prostym zadaniu. Moje dwa główne grzechy to zbyt gęste sianie i zbyt częste podlewanie. 

    Pomyślałam sobie, że będę na blogu przedstawiać moje rośliny - na razie są głównie użytkowe,  ale kiełkują już pierwsze dekoracyjne. Może ktoś też zechce wypróbować. W końcu skoro mnie się udało, to nie może być bardzo trudne.

    Na pierwszy ogień idą "Pikantne cięte listki". Głównie dlatego, że na dzień dzisiejszy są najbardziej fotogeniczne z całej hodowli. Jest to mieszanka różnych roślin (cykoria, endywia, mizuna, sałata). Do jej niewątpliwych zalet należy tempo wzrostu - już kilka dni po wysianiu w doniczce pojawiają się pierwsze zielone łebki. Wbrew nazwie listki nie są pikantne, raczej neutralne w smaku, ale za to cieszą oko zarówno w doniczce, jak i na kanapce. 

    Jeśli tylko macie trochę wolnego miejsca na parapecie, zachęcam Was do pójścia w moje ślady. Przekonacie się, że zielone z własnej hodowli smakuje najlepiej.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz