• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Madryt - dzień trzeci i ostatni



    Trudne jest każde z rozstań.

    (Relacja z podróży do Madrytu. Jeśli nie chcesz zaczynać od środka, kliknij dzień 0dzień 1 i dzień 2).

    Poprzedniego dnia po szpitalu mieliśmy jeszcze sporo czasu, żeby pochodzić po mieście. Bo trzeba Wam pamiętać, że Madryt leży ok. 24° od Warszawy i kiedy u nas jest już szarówka, tam mają jeszcze prawie dwie godziny do zachodu słońca. Zanim zaszło, udało nam się zobaczyć to i owo, ze szczególnym uwzględnieniem obiektów widzianych przedtem z taksówki.

    Na przykład Pałac Królewski i Katedrę. Stoją sobie razem, architektonicznie spójne i na siebie otwarte, ale przedzielone gustownym ogrodzeniem (na zdjęciu widocznym od strony królewskiego dziedzińca), żeby nikt nie miał wątpliwości, gdzie kończy się boskie, a zaczyna cesarskie. Wydało mi się to nagle bardzo ładną metaforą stosunków państwo-kościół. Nie znam się na polityce na tyle, żeby wiedzieć, jak te stosunki faktycznie wyglądają w Hiszpanii, ale od strony symbolicznej bardzo mi się spodobało.

    Następny dzień miał być całkiem inny, bo kolega małżonek miał więcej wolnego i mogliśmy cały ten czas spędzić razem. Wstaliśmy późno, bo w wolne dni budzi nas zwykle Miśka, jedyny skowronek w rodzinie. Na swoje usprawiedliwienie mamy to, że w Madrycie słońce nie tylko zachodzi, ale i wschodzi prawie dwie godziny później, niż u nas.

    Pogoda była piękna. Kiedy polscy znajomi pokazywali na Fejsie zdjęcia pierwszych śniegów, tam świeciło słońce, a termometr wskazywał prawie 20 stopni. Pojechaliśmy metrem do parku Buen Retiro pławić się w słonecznym cieple i pokazać Miśkowi palmy żyjące na wolności.

    Kiedy zaczęło zmierzchać, my powoli zaczęliśmy żegnać się z Madrytem.  Jeszcze wstąpiliśmy do kilku sklepów z pamiątkami, żeby Misiek mógł kupić siostrze i przyjaciołom "coś z Hiszpanii". Chciałam kupić mu parę widokówek, żeby w szkole mógł opowiedzieć i pokazać kolegom, gdzie był i co widział, podczas kiedy oni będą chrupać kawałki zakupionego na te okazję turrona. Okazało się to jednak trudniejsze niż mi się zdawało. O ile turron był wszędzie w wielu odmianach, o tyle z widokówkami bieda. Mały wybór, a to co było, dzieliło się z grubsza na dwie kategorie - urocze fotografie detali w sepii oraz niemożliwie wyfotoszopowane  fotografie, na których ryczący jeleń nie stanowiłby dysonansu. Coś tam w końcu wybraliśmy na zasadzie mniejszego zła.

    Wieczór zakończyliśmy w lokalu, który mieścił się tuż obok hotelu i od początku przyciągał mój wzrok szyldem "Churreria Chocolateria Los Artesanos 1902". Lokal pękał w szwach a goście wyglądali na stałych bywalców, co od razu wzbudziło entuzjazm mojego małżonka, który zawsze powtarza, że jadać należy tam, gdzie miejscowi.

    Jakimś cudem udało nam się znaleźć wolny stolik. Kelnerka pojawiła się w ciągu pięciu sekund.
    - Co podać?
    - Dopiero weszliśmy i jeszcze nie...
    - No to może churros i czekoladę? - stwierdziła raczej niż zapytała i tylko dla porządku poczekała na nasze potwierdzenie.

    Muszę przyznać, że od 1902 nie marnowali czasu i zarówno czekolada jak i churros były palce lizać. Trochę żałowałam, że nie poszliśmy tam wcześniej, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że taka bomba kaloryczna co wieczór nie wyszłaby mi na zdrowie.

    A potem tata spojrzał na zegarek i powiedział, że za 6 godzin zadzwoni budzik. 

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz