• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Madryt - dzień drugi



    Varicela, chickenpox czyli ospa wietrzna.

    (Relacja z podróży do Madrytu. Jeśli nie chcesz zaczynać od środka, kliknij dzień 0 a potem dzień 1).

    W środę tata miał spotkanie od rana do południa, więc kiedy my sennie otwieraliśmy oczy, on był już po śniadaniu. 

    Postanowiliśmy rzucić jeszcze raz komisyjnie okiem na plecy Miśka. A potem na ekran laptopa.
    - Ospa wietrzna?
    - Na to wygląda...

    Po czasie skojarzyliśmy, że wczorajsze trzęsienie się z zimna to prawdopodobnie była gorączka, której żeśmy nie zauważyli, bo na zewnątrz Misiek był w miarę chłodny z racji panujących warunków atmosferycznych. A zresztą - kto by się spodziewał.

    Tata pojechał na spotkanie, a ja przeszłam przyspieszony internetowy kurs medycyny. Spisałam sobie na kartce najważniejsze informacje w języku tubylców i powędrowałam do apteki. Nabyłam termometr, Fenistil i jakieś tabletki żeby nie swędziało. Zaczęłam od zmierzenia temperatury i posmarowania Miśka Fenistilem. 

    Potem zadzwoniłam do pediatry w Polsce:

    - Panie doktorze, jesteśmy w Hiszpanii. Misiek ma na moje oko wietrzną ospę. Co robić?
    - Zostać w hotelu, zbijać gorączkę nurofenem...
    - Nie ma gorączki.
    - Hmmm.... Może lepiej iść do miejscowego lekarza i sprawdzić, czy to na pewno ospa.
    - Kupiłam mu Fenistil i jakieś tutejsze tabletki - przeczytałam nazwę.
    - Fenistil można stosować, tego drugiego nie znam.

    Na drugi ogień poszedł ubezpieczyciel:

    - Proszę wziąć rachunek od lekarza i dokumentację medyczną i po powrocie zgłosić się do naszego przedstawiciela. 

    Potem poszłam do recepcji.

    - Jeśli wezwiemy lekarza do hotelu, będzie to kosztować jakieś 150 euro. Ale może pani wezwać taksówkę i jechać do szpitala.

    Miałam przy sobie tylko około 100 euro. Nie chciałam szukać bankomatu ani czekać aż wróci kolega małżonek z pieniędzmi, więc wybrałam szpital.

    Taksówkarz był bardzo sympatyczny i rozmowny. Zupełnie nie zrażał się moimi problemami językowymi, wypytywał o pobyt, rodzinę, wiek i imiona dzieci, opowiadał o swoich i pokazywał ciekawe miejsca za oknem. Na dodatek był iluzjonistą i za każdym razem kiedy stawaliśmy na światłach pokazywał nam sztuczki.

    W pewnym momencie wskazał okazały budynek po lewej stronie:
    - Tu jest katedra. Nasz król brał w niej ślub. O, a tu jest Pałac Królewski.
    Zbystrzałam. Gdzie jest Pałac Królewski, to akurat wiedziałam z wczorajszego spaceru. Przez ten czas, kiedy jechaliśmy dotarłabym tam z hotelu na piechotę. Tyłem.

    Spojrzałam na taksometr. 12 euro. W hotelu powiedzieli "Między 10 a 20 euro", więc na razie mieściłam się w limicie. Ostatecznie wyszło około 16. Wieczorem sprawdziłam na mapie kilka obiektów, które pamiętałam z tej wycieczki i okazało się, że miły taksówkarz objechał ze mną Stare Miasto dookoła...

    W szpitalu wzrok przyciągał kontuar z zawieszoną nad nim wielką literą "i". Za kontuarem trzy osoby. Żadna nie mówiła po angielsku, a ja po hiszpańsku więcej rozumiem niż potrafię powiedzieć. Wyciągnęłam z kieszeni karteczkę. 

     - Varicela...
    - A, to musi pani na pediatrię. Pierwsze piętro, do końca i w prawo.

    Na pierwszym pietrze, na końcu i w prawo, powiedzieli mi, że muszę na "urgencia" (pogotowie) -wrócić na dół, wyjść przed budynek i wejść innymi drzwiami. Najwyraźniej to wielkie "i" nad kontuarem było skrótem od "ignorancja".

    Na pogotowiu jedna pani mówiła trochę po angielsku. Dała mi do wypełnienia formularz w tym języku, po czym z formularza zaczęła przepisywać do komputera. Marnie jej to szło, mimo że wypełniłam drukowanymi, najwyraźniej nie dowierzała własnym oczom, że takie zbitki liter mogą występować w jakimś języku. Dałam jej druczek z ubezpieczenia, żeby było bardziej wiarygodnie. Poweselała, skserowała go sobie i zaprowadziła nas do poczekalni.

    Po chwili wyszła do nas młoda dziewczyna w fartuchu i zapytała "Jędrzej?" prawidłowo wymawiając zarówno j, ę jak i rz. Okazało się, że była w Warszawie na Erazmusie. Co prawda po polsku znała tylko kilka słów, ale za to świetnie mówiła po angielsku. Potwierdziła, że to "chickenpox". Zmierzyła gorączkę dwoma termometrami, bo szpital akurat zakupił nowe i testował je przez porównanie ze starymi. Wyszło 36,5 na jednym i 36,8 na drugim. 

    - Powinien leżeć w łóżku.
    - Koniecznie? Jesteśmy tu tylko na 3 dni, nie ma gorączki...
    - Ok... Niech się nie forsuje. I niech się trzyma z daleka od dzieci, u nas też szczepienie na ospę jest nieobowiązkowe.

    Potwierdziła, że lek który kupiłam rano jest ok. 

    Przed szpitalem wsiedliśmy do taksówki.
    - Hola! - zawołałam wesoło.
    Starszy pan spojrzał na mnie z powagą i powiedział z naciskiem:
    - Buenas tardes.
    - Buenas tardes - odpowiedziałam pokornie. - Plaza San Martin.
    - Plaza San Martín - poprawił mnie, w nienaganny sposób wymawiając hiszpańskie "z" i mocno akcentując ostatnią sylabę.

    Po dziesięciu minutach milczącej jazdy zatrzymaliśmy się przed hotelem. Taksometr pokazywał 7 euro.  


    0 komentarze:

    Prześlij komentarz