• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Kierunek Madryt!



    Dziś opowiem o tym, jak jedną prostą decyzją unieszczęśliwiłam dwoje dzieci i co jeszcze z tego wynikło.

    Decyzja brzmiała: "Misiek, lecimy do Madrytu!"
    Na co Misiek zaczął marudzić, że on nie chce, nie lubi, boi się latać, a na dodatek narobi sobie zaległości w szkole. Miśka natomiast, kiedy tylko się zorientowała, że Jeje gdzieś jedzie a ona nie, rozpłakała się rzewnymi łzami.

    Decyzję obwieściliśmy na kilka tygodni przed wylotem, żeby dzieci miały okazję się z nią zżyć. Jakoś tam poszło. Miśka przyjęła do wiadomości, że jest za mała i pojedzie następnym razem. Misiek na tydzień przed wylotem przypominał skazańca, który stracił nadzieję na ułaskawienie i popadł w pełną łagodnej melancholii rezygnację.

    W szkole nikt nie robił trudności, poprosiłam o zaznaczenie w podręcznikach, które ćwiczenia mamy zrobić, żeby nie być w tyle. Miśkowi właśnie zmieniła się wychowawczyni i zeszły poniedziałek, nasz dzień wylotu, był jej pierwszym dniem pracy. Uznaliśmy, że Misiek pójdzie do szkoły na 3 lekcje, poznamy panią, powiemy o wyjeździe, potwierdzimy zadania itp. Decyzja wydawała się dość bezpieczna, ale okazała się brzemienna w skutki, bo w czasie jednej z dwóch przerw ktoś uderzył Miśka drzwiami w kolano. Szkolna pielęgniarka powiedziała, że nie wygląda to groźnie, ale noga dokuczała mu jeszcze prawie do końca wyjazdu.

    Głównym celem wycieczki było przekonanie Miśka, że nauka języków obcych to nie jest jeszcze jeden sposób matki, by uprzykrzyć mu życie. Tłumaczę mu, że to jest ważne, że na pewno będzie mu w życiu potrzebne i że im jest młodszy, tym łatwiej mu tę wiedzę przyswajać, ale jak wiadomo, żadne tłumaczenie nie zastąpi osobistego doświadczenia.

    Wchodząc do samolotu Misiek, jak wszyscy pasażerowie, został przywitany przez stewardessy. Stewardessy miłe są niejako zawodowo, ale kiedy powiedziałam im, że to jego pierwszy lot, przewyższyły standard. Misiek był zachwycony, kiedy zaprosiły nas po zakończonym locie do kabiny pilotów, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. I zgodził się z moim stwierdzeniem, że gdybym nie znała angielskiego, ominęła by go taka fajna atrakcja. Cel został osiągnięty jeszcze zanim oderwaliśmy się od ziemi.

    Latanie jako takie też mu się spodobało. Na początku się denerwował, ale bardzo szybko doszedł do wniosku, że to jednak fajne jest. Kiedy nerwy mu odpuściły, przez całą drogę na zmianę gadał jak nakręcony, albo śpiewał. Założę się że współpasażerowie nie podzielali jego entuzjazmu. Problemy zaczęły się przy lądowaniu. Wszystkie znane nam sztuczki pomagające w odetkaniu uszu zawiodły i Misiek bardzo cierpiał. Po wylądowaniu (przy okazji zdjęcia) zapytałam stewardessy, czy znają jakieś sposoby. Okazało się, że są specjalne krople, które  trzeba wpuścić do nosa na pół godziny przed startem a potem na pół godziny przed rozpoczęciem lądowania. Dostaliśmy zapas na drugi lot, z Amsterdamu do Madrytu. Przy starcie zadziałały idealnie, Misiek nie czuł nic. Przy lądowaniu spóźniłam się z podaniem leku i trochę bolało, ale było dużo lepiej, niż za pierwszym razem.

    W taksówce senny Misiek słuchał radia. Spiker z prędkością światła nawijał (chyba) o polityce. W każdym razie - po hiszpańsku. Dochodziła północ.

    - Mama, mi się tu nie podoba. Chcę już wracać do domu...
    - Synuś, zmęczony jesteś... jak się wyśpisz, będzie ci się podobało bardziej.

    I miałam rację, o czym się przekonacie, gdy ciąg dalszy nastąpi.

    (Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcie Miśka jako pilota, zajrzyjcie na Facebooka).


    0 komentarze:

    Prześlij komentarz