• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Nieobecna usprawiedliwiona



    Zapiernicz w robocie miałam.

    I to taki, że wracając do domu ledwo doczołgiwałam się do łóżka, a kolejny dzień zaczynałam od tabletki przeciwbólowej, bo bolało mnie wszystko: głowa, nogi, kark, włosy i paznokcie. Oraz kilka innych części ciała, o których istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia.

    (Nadal nie wiem, jak się nazywają, ale za to bardzo dokładnie wiem, gdzie są).

    Opiekowałam się mianowicie, wraz z kolegą, grupą 30 osób. Ja wiem, że na przykład Ala, czy Ania zjadają takie grupy na śniadanie popijając (primo) cappuccino, ale ja na co dzień pracuję sama. Jeśli w pracy widzę na raz więcej niż trzy osoby, to znaczy, że jest to ten dzień w miesiącu, kiedy mamy zebranie.

    Grupa była międzynarodowa, w związku z czym myliło mi się jak do kogo mówić. Szczyt zamotania osiągnęłam mówiąc po angielsku do własnych dzieci.

    - Oj, bo mamusia jest zmęczona. Musi się opiekować taką dużą wycieczką.
    - Dzieci?
    - Dorosłych. Ale czasem są jak dzieci.
    - Denerwujesz się na nich i krzyczysz?
    - Czasem się denerwuję. Ale nie krzyczę.
    - To nie fair. Na nas krzyczysz, jak się zdenerwujesz.
    - No, fakt.

    W kategorii interesujących dialogów tym razem prowadzili Czesi.
    No bo na przykład, jeśli Czech zna po polsku tylko jedno słowo...

    Przy bramie:
    Strażnik: ...szukam tylko jego numeru paszportu...
    Czech: What is he looking for?

    (inny) Czech: I knew a lot of Polish words, but I forgot them.
    Ja: You should polish your Polish.
    Czech: Check your Czech!

    (jeszcze inny) Czech: Ja jestem z północnych Czech i w domu odbieraliśmy waszą telewizję. Za Gierka super filmy dawali, u nas takich nie było. Ale pamiętam taką historię: Miałem chyba z 10 lat i byłem sam w domu. Mieli nadawać film "Droga do Argentyny". A po naszemu "droga" to "narkotyki". No i czekałem na ten film długo w nocy, a to był dokument o jakimś facecie, co do Argentyny pojechał. Taki byłem rozczarowany, że do dziś pamiętam...

    Nie Czech: How to say "Thank you" in Polish?
    Ja: "Dziękuję"
    On: Like the tennis player?
    Ja: What tennis player?
    On: Jim Courrier.

    To był pierwszy raz, kiedy organizowaliśmy taką imprezę, ale brak doświadczenia nadrabialiśmy entuzjazmem i w sumie wszystko się udało. Największą wpadką był fakt, że zmieniono trasę autobusu, którym mieliśmy jechać do restauracji, więc pojechaliśmy innym i spod Uniwersytetu na Stare Miasto przeszliśmy piechotą. Naszym gościom bardzo się spacer podobał, więc w sumie nie wiem, czy to urozmaicenie w ogóle kwalifikuje się do kategorii "wpadki".

    Zresztą, jak powiedziałam jednemu z gości, gdy przepraszał za zamieszanie: "Sprawy, które sprawiają najwięcej kłopotu, stają się potem najlepszymi historiami do opowiadania".

    Bo własnie tak jest.


    2 komentarze: