• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Falenopsis



    Po naszemu ćmówka.
    Z racji niekończących się remontów jeździliśmy z kolegą małżonkiem po różnych hipermarketach budowlanych. W większości z nich jakoś tak blisko wejścia stały sobie storczyki, kusząc kupujących tyleż urodą, co niewygórowaną ceną. Przyglądałam się im intensywnie, ale kołatały mi w pamięci czyjeś słowa, że storczyki trudne są, więc ostatecznie nie kupiłam. 

    Wróciłam do domu, sprawdziłam w internetach, że te falenopsisy to akurat wyjątkowo łatwe, tyle, że nietypowe - najlepiej im, jak się regularnie zapomina ich podlać. Po odwiedzeniu kilku storczykowych stron poczułam się wybitnym teoretykiem orchideizmu i postanowiłam przy najbliższej okazji wypróbować świeżo nabytą wiedzę w praktyce.

    I tu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji.

    Nie mam zwyczaju nadawać imion roślinom, ale Biedaczyna z miejsca został Biedaczyną. Wystarczyło mi raz rzucić na niego okiem. Poprzednia właścicielka (imię i nazwisko znane redakcji) podeszła do niego w sposób konwencjonalny, według zasady: "Jeśli kwiatek marnieje, trzeba go podlać". W rezultacie niemal biedaka utopiła. W moje ręce trafił wraz ze słowami: "Spróbuj, może uda ci się go odratować. A jak nie, to trudno."

    Żałuje trochę, że nie zrobiłam mu wtedy zdjęć, żebyście mogli ocenić o ile lepiej wygląda teraz, ale po pierwsze myślałam, że nie przeżyje,  a po drugie - gdybym ja była w takim stanie, też wolałabym, żeby mi nikt nie robił zdjęć.

    Obejrzałam go z pewną taką nieśmiałością i zdecydowałam, że potrzebuje przesadzenia. Liście wyglądały jak uszy latającego zająca ze starej dobranocki. Korzenie w większości przypominały kolorem i konsystencją makaron w brązowym sosie. Poza kilkoma na samej górze, które wyglądały w miarę zdrowo. Szczególnie rozczulił mnie ten rosnący pionowo do góry, bo przypominał rozpaczliwie wyciągniętą rękę tonącego.

    Dla pewności obejrzałam jeszcze na youtube film o przesadzaniu falenopsisów, przygotowałam keramzyt i podłoże do storczyków, i uzbrojona w nożyczki Tima Holtza ruszyłam na spotkanie przygody.

    Zrazu cięłam nieśmiało i ostrożnie. Jeden przegniły korzeń, drugi, trzeci... po kolejnym obtarłam pot z czoła i ciachnęłam cały dół poza tymi trzema czy czterema zdrowymi korzeniami co w błagalnym geście wyciągały się do góry. A potem zrobiło mi się cholernie głupio, bo jeden z tych zdrowych złamałam w połowie wkładając Biedaczynę do doniczki.

    Potem pozostało czekać, nie ulegając pokusie podlania. Po dwóch tygodniach Biedaczyna wyglądał jeszcze gorzej niż przed operacją. Ale tylko pozornie. Liście co prawda coraz bardziej przypominały zwiędłą sałatę, ale jeden, najmniejszy na samym czubku był całkiem gładki i wyglądał nie najgorzej. A jak się człowiek dobrze przypatrzył, to pomiędzy kawałkami kory mógł zobaczyć jakiś centymetr całkiem nowego korzenia rosnącego w dół.

    Wstąpiła we mnie nadzieja.

    Uznałam, że to dobry moment na pierwszą kąpiel. Zgodnie z instrukcją wyczytaną w sieci użyłam przegotowanej i wystudzonej wody. W naturze storczyki żywią się deszczówką, a taka woda jest najbliższym onej substytutem w warunkach miejskich. Z racji zanieczyszczeń prawdziwa deszczówka jest dopiero na którymś kolejnym miejscu.

    Wstawiłam Biedaczynę do miski, zalałam wodą i nastawiłam budzik w telefonie, żeby nie zapomnieć wyjąć. Pewna znajoma powiedziała mi, że ona stawia swojego na zamkniętej klapie od sedesu, a że ma w domu tylko jedną toaletę, to nawet jak sama zapomni, to przypomną dzieci, albo mąż. U mnie by nie przeszło. Miśka otworzyłaby klapę nie zważając na drobne przeszkody.

    Po kolejnych dwóch tygodniach, a było to w ostatni weekend, cztery dolne liście Biedaczyny osiągnęły apogeum żałosnego wyglądu. Po czym, kiedy wzięłam doniczkę do ręki, odpadły. Został ten jeden zdrowy na czubku i kolejny, maleńki, który dopiero się wykluwa.

    Będzie żył. Kto wie, może nawet kiedyś zakwitnie?



    1 komentarze:

    1. haha, nie spodziewałam się, że opis hodowli kwiatka, jakby nie było, może być wciągający ;)
      Będę trzymać kciuki, żeby zakwitł ;)
      Ja się już pogodziłam z tym, że albo mamy w mieszkaniu koty, albo rośliny. A w związku z tym, że futrzaki są członkami rodziny, to tego.. mam zieloną ścianę w przedpokoju i pewną ilość zielonych dodatków i popierdółek w zasadzie we wszystkich pomieszczeniach. Musi wystarczyć.

      OdpowiedzUsuń