• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Półmetek



    Czas najczęściej leci jak szalony. Ale w wakacje jakby trochę zwalnia. 

    Było to jakiś miesiąc temu. Koniec czerwca, czy początek lipca. Akurat przyszedł do nas pocztą MaMy Kalendarz, usiedliśmy więc z małżonkiem w cieniu drzewa i zaczęliśmy planować kolejne dwa miesiące. 
      
    - Tu mam audyt, więc nigdzie nie pojadę.
    - Tu mam wizytę u lekarza, muszę być na miejscu.
    - Tutaj Misiek ma ortopedę.
    - Tu ma ortodontę, ale to można w razie czego przełożyć.
    - A tutaj jest impreza w przedszkolu, Miśka jest zaproszona. 

    Po wpisaniu programu obowiązkowego nastał etap planowania przyjemności:

    - Do dziadka najlepiej w lipcu, akurat maliny dojrzewają i borówki...
    - Do moich rodziców to dopiero w sierpniu, bo w lipcu mają remont.
    - Tu jest wolny weekend, może wybierzemy się wreszcie na Farmę Iluzji?
    - Do Marcina byśmy jeszcze wyskoczyli...
    - Ale kiedy?

    Ze zdziwieniem patrzyliśmy na dwie wakacyjne strony kalendarza kompletnie upstrzone napisami. Ale jak to? A gdzie jeszcze czas na wypad nad morze? I wycieczkę do ZOO też trzeba przełożyć na po wakacjach. 

    Zamykając kalendarz kolega małżonek zadumał się filozoficznie: 
    - Jak to szybko zleciało...

    No i mamy półmetek. Udało się zrealizować praktycznie wszystkie rzeczy zaplanowane na lipiec, była i Farma Iluzji, i maliny u dziadka, i jeszcze cudowna miętowa lemoniada cioci (koniecznie spróbujcie, jeśli macie dostęp do świeżej mięty. Ratuje nam życie w te upały, jak nam się w sobotę skończyła i okazało się, że w domu nie ma cukru i trzeba było przeżyć jeden dzień bez niej, ogłosiliśmy na Sosnowej stan klęski żywiołowej). U dziadków szczęśliwie skończył się remont, więc Misiek wyjechał spędzić trochę czasu z nimi i z ciotecznym rodzeństwem. 

    Jakoś tak pusto bez niego w domu...
      

    2 komentarze: