• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Krzyżyki na drogę



    Haft krzyżykowy cieszy na każdym etapie.

    Kiedy z igłą i nitką zapuszczasz się w dziewicze rejony kanwy.
    Kiedy nowe ściegi idealnie wpasowują się między stare.
    Kiedy ściegi zaczynają układać się w sensowną całość i zaczyna być widać.
    Kiedy wypełniasz ostatnie puste miejsca i możesz podziwiać końcowy efekt.

    I nie wiem, po co to piszę, bo jeśli krzyżykujesz, to dobrze o tym wiesz, a jeśli nie, to i tak nie uwierzysz.

    Jakiś czas temu pytałam, czy pokazywać poszczególne etapy haftu i prawie wszyscy odpowiedzieli, że tak. Poza dwoma osobami, które wolałyby widzieć tylko efekt ostateczny. 

    Tak się złożyło, że wyjeżdżałam ostatnio (zauważyliście? Pewnie nie. Facebookowi mogli zauważyć, a nawet dowiedzieć się dokąd. Facebookowi mają lepiej ;) ). Wzięłam ze sobą krzyżyki, bo ze wszystkich moich wstydliwych przyjemności są najbardziej mobilne. 

    Nie jestem zbyt doświadczoną hafciarką. Mam co prawda za sobą całkiem ambitne dzieło - głowę Matki Boskiej z Piety Michała Anioła (oryginał tutaj) haftowaną wyłącznie sześcioma odcieniami beżu i teraz już żaden wzór mi nie straszny, nie znam jednak krzyżykowych "tipsów & tricków". 

    Jakiś czas temu zauważyłam u kogoś "prowadnice" z nitki w kontrastowym kolorze i postanowiłam wypróbować. Jest dużo wygodniej, ewentualne pomyłki zauważa się od razu a nie po kilku dniach, ale następnym razem użyję zwykłej cienkiej nici, bo omijanie kordonka jest trochę kłopotliwe. 

    Pierwszy raz też mam okazję używać zamiast muliny cienkiej nici akrylowej (taka była w zestawie) i jestem raczej na nie. Nitka mechaci się przy przeciąganiu i krzyżyki wychodzą nieco potargane (co z tego, że widać to tylko pod mikroskopem? Ja wiem). Jedyny plus to to, że można ją bez problemu przerwać bez sięgania po nożyczki.

    Nie wiem, kiedy pokażę kolejne stadium rozwoju, za dwa tygodnie? Częściej? Rzadziej?


    4 komentarze:

    1. Cieszy, ale ile z tym roboty! Najwięcej nawyszywałam się jak poszłam na macierzyński, miałam fazę na klasycznego Puchatka i w miarę szybko mi to szło. Teraz mam w domu kilka projektów światecznych na wykończeniu- zaczęłam 2 lata temu ;) obecnie łatwiej mi jest sklecić album bo szybciej widzę efekty. Nawet o tym rozmawiałam niedawno z siostra, że magazyny krzyżykowe powinny przestać pisać "wzór na 2 godziny" bo to kłamstwo ;)

      OdpowiedzUsuń
    2. Masz całkowitą rację, ale tym razem nastawiłam się "na drogę" a nie "na cel". Nie śpieszy mi się. Tę Pietę wyhaftowałam kiedyś w dwa tygodnie, szaleństwo. Ale wtedy nie miałam dzieci, męża też nie, bo akurat wyjechał, mieszkałam sama i nie miałam wiele do roboty. Teraz sobie dłubię po kilka krzyżyków i wydaje mi się, że jak na to tempo, to nawet szybko przyrasta.

      OdpowiedzUsuń
    3. Krzyżykami się też bawiłam ;) Ale to jeszcze za czasów wczesno-szkolnych (rodzice do tej pory mają całe komplety serwetek wyszytych przeze mnie - obustronnych na dodatek ;) ), a teraz jakoś mnie nie kręci. Ale też zawsze wolałam wyszywać właśnie użytkowe rzeczy niż obrazki na ścianę, więc może i dlatego. Co nie zmienia faktu, że osoby, które wyszywają takie rzeczy bardzo podziwiam, bo to ilość pracy i czasu w to włożone jest niesamowita.

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Ja z użytkowych rzeczy zrobiłam kilka poduszek. Jedna się wydarła po kilku (-nastu? -dziesięciu?) praniach, a z resztą to właściwie nie wiem, co stało. Muszę zapytać mamę, bo to moje jeszcze panieńskie były i zostały w domu jak się przeprowadzałam.

        Usuń