• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    Odpuść sobie



    Nikt nie może nigdzie dojść, jeśli skądś nie odszedł - John Updike

    Kiedy w grudniowym Sensie przeczytałam artykuł pt."Pochwała niekonsekwencji", pomyślałam, że to coś dla mnie. Jestem bowiem niewolnikiem rzeczy zaczętych i póki nie skończę, jest mi źle i mnie ciśnie, i uwiera. I na dodatek nie potrafię zacząć niczego nowego. Nie mówię, że to tak zupełnie źle. Są rzeczy, które dobrze jest doprowadzić do końca. Studia na przykład skończyłam. I sweter na drutach, i makatkę. I parę jeszcze innych rzeczy.

    Ale jest i ciemna strona.

    Zjadam zawsze wszystko co mam na talerzu, co odbija się niekorzystnie na obwodzie mojej talii. 
    Mozolnie czytam szósty tom powieści, choć już od trzeciego wiem, że z każdym tomem jakość spada na pysk. 
    Nigdy nie wyszłam z kina przed końcem seansu. Raz byłam tego bliska, ale deszcz padał. 
    Spory i kłótnie prowadzę, póki jeszcze trzymam się na nogach. 
    Nietrafione przyjaźnie i inne związki międzyludzkie doprowadzam do momentu, kiedy już nie da się patrzeć na siebie bez obrzydzenia, zamiast odpuścić sobie, póki nie jest za późno. 
    A przecież można inaczej. Wiem, bo parę razy jednak mi się udało. Nie bez wewnętrznych rozterek.

    Pamiętam na przykład jeden ranek, wiele lat temu, jeszcze na studiach. Jadłam śniadanie z  moją mamą.
    - Wiesz - zaczęłam  - mam problem i nie wiem, co mam robić. Jest taki przedmiot na studiach... Nieobowiązkowy. Nie leży mi. Wykładowca przynudza. Ćwiczeniowiec jest strasznie wymagający. W dodatku wykład jest późno i muszę po nocy wracać do domu. Egzamin pewnie pójdzie mi źle i zaniży średnią...
    Rodzicielka patrzyła na mnie z rosnącym zdumieniem, aż wreszcie udało jej się wtrącić:
    - I naprawdę nie wiesz, co z tym zrobić?

    I odpuściłam sobie. 
    Czasem człowiek czuje się wolny jak ptak.


    2 komentarze:

    1. Jak ja to dobrze znam. I jeszcze do tego niewolnictwa rzeczy zaczętych dochodzi niewolnictwo własnych przyzwyczajeń, dobijających do poziomu natręctw. I tak oto nie dość, że trzeba coś skończyć to jeszcze w konkretny sposób i oczywiście samodzielnie, bo inni zrobią to zupełnie inaczej niż ja bym zrobiła. A nauka odpuszczania w obu przypadkach idzie mi kiepsko.

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Świadomość istnienia problemu to już jakiś krok naprzód, nie?

        Usuń