• Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny!

    I got you babe



    czyli matczyny Dzień Świstaka.

    Przeczytałam ostatnio artykuł.

    Brytyjska firma AAT przeprowadziła badania wśród niepracujących matek i okazało się, że ogromna większość z nich robi codziennie te same rzeczy według tego samego schematu.

    Ma to oczywiście swoje zalety - jak pisałam wczoraj, stały rozkład dnia ułatwia organizację i oszczędza czas, ale z drugiej - o ja cię! Dzień w dzień, cały tydzień, cały miesiąc ciągle to samo?

    Miałam i ja swój Dzień Świstaka na urlopie macierzyńskim, ale nie wiem, czy to się liczy - wiedziałam przecież, że to nie na zawsze, że za kilka tygodni wracam do pracy. Przerabiałam zresztą różne scenariusze. Przy Miśku byłam przez jakieś 3 czy 4 miesiące matką bezrobotną, na zasiłku, bo mój wcześniejszy pracodawca uznał, że z ciężarną nie ma po co przedłużać umowy o pracę. To oddzielna historia, którą pewnie kiedyś opowiem. Byłam, a właściwie nadal jestem, matką pracującą na pełny etat. To mój ulubiony sposób matkowania, bo lubię moją pracę. Zdarzyło mi się też przez około dwa lata być matką pracującą w domu, dzięki dobrodziejstwom internetu oraz wyrozumiałości kierownictwa. To był dopiero sport ekstremalny, wtedy właśnie zaczęłam używać wyrażenia "Dzięki Bogu, że już piątek".

    Niezależnie od tego, jaki scenariusz matkowania się przerabia, zawsze pojawiają się wątpliwości, zawsze czegoś jest żal, bo wiadomo - trawa po drugiej stronie płotu zawsze jest bardziej zielona. Myślę, że ważne jest, dlaczego idziemy do pracy, albo dlaczego zostajemy w domu. Czy jest to kwestia wyboru, czy konieczności. Czy mamy możliwość zmiany zdania, kiedy uznamy, że jednak zbyt wiele nam umyka.

    A Wy? Matkujecie? Tak jak chcecie, czy tak jak musicie?


    4 komentarze:

    1. "Dzięki Bogu już piątek"-u mnie co tydzień... ;) a nie mam jeszcze dzieci, czy to znaczy, e powinnam zmienić pracę...?

      OdpowiedzUsuń
    2. Dniem świstaka jest każdy poranek w tygodniu: wstać, opłukać twarz, zrobić kanapki, zrobić herbatę do termosu, obudzić, nakłonić do ubrania się, zrobić kitki, nakłonić do umycia zębów, w międzyczasie samej się przyodziać i przystosować twarz do wyjścia do ludzi, wysłać starszą z tatą, wyjść z młodszą, odprowadzić, zrobić zakupy, wrócić. A potem to już jest fajnie ;) Zdecydowanie nie robię codziennie tego samego, jakiś taki płodozmian stosuję, a to posprzątam, a to poskrapuję ;) I ponieważ nigdy nie robiłam kariery ani nie miałam pracy, do której chciałabym wrócić, więc spokojnie sobie jestem matką, z pewnymi takimi obawami od czasu do czasu, że jak to tak, bez pracy zawodowej... Rozglądam się, ale dzięki Bogu bez przymusu, żeby coś szybko znaleźć.

      OdpowiedzUsuń
    3. To mi wygląda na całkiem komfortową sytuację, ale obie Twoje dziewczyny wybyły już z domu. A jak to było, zanim młodsza zaczęła chodzić do przedszkola? (Swoją drogą - mam ambitny plan, jak Miśka pójdzie do przedszkola, to biorę tydzień urlopu i śpię. To już za rok!).

      OdpowiedzUsuń